Bujdałka o rzeczach różnych

Ponownie odcinek czasowy od poprzedniego wpisu (Asturia) tak odległy, że trudno całość ogarnąć. Sezon jesienno-zimowy nie był mocno wspinaczkowy, większość czasu spędziłem budując ściany wspinaczkowe niż się wspinając. Tym bardziej sam siebie zaskoczyłem, jeśli chodzi o wyniki wspinaczkowe. Na szczęście praca nudna nie była, dodatkowo w doborowym towarzystwie, parę razy udało się wpaść na panel, jednak po powrocie do Cornu nie spodziewałem się zbyt wiele. Forma dziwnym trafem nie spadła, a nawet się zastanawiam czy nie wzrosła. Zastana sytuacja zdziwiła, dodała +2 do spręża (którego ostatnio mi nie brakuje) i jednocześnie nie pozwoliła za długo czekać w boksie startowym. Według tego co ostatnio przeczytałem na blogu mojego kolegi Piotrka, nie należę już chyba nawet do tych starych:)…wiec tym bardziej cieszy fakt, że na brak energii do działania nie narzekam, a odczucia co do młodości mam zgoła inne.

Końcówkę ubiegłego lata spędziłem najpierw w Paryżu budując 2 ścianki z ekipą z Gato. Piąteczkę przesyłam dla całej ekipy;). Zakwaterowanie w miasteczku nieopodal mekki bulderingu, pozwoliło zobaczyć i choć trochę liznąć wspinu w sławnym Bleau. Biegaliśmy jak opętani między kamieniami wstawiając się we wszystko co w okolicy nie przekraczało stopnia 7a. Podsumowując: dawno nie trzęsłem tak portkami na piątkowych highballach, pierwszy raz rozkminiałem jak ugryźć niektóre szostkowe, pierwszy raz zrobiłem tyle pięknych, estetycznych baldow w ciągu jednego dnia, w sumie w jednym miejscu, do tego świetnie się bawiąc. Wspinaliśmy się w mniej znanej i popularnej części Bleau (okolice Chamarande), nie dużej, lecz wystarczającej.

Parę sesyjek w klimatycznych, podparyskich lasach i do liny zaczęło ciągnąć, więc zaraz po powrocie bezzwłocznie zaatakowałem Siuranę, by coś dla siebie znaleźć. Czasu nie miałem zbyt wiele (tak mi się przynajmniej wydawało), więc w grę wchodził najwyżej szybki rot-punkt. Szczególnie jeśli chodzi o te łatwiejsze linie muszę trochę powertować topo, pospacerować po sektorach, by coś interesującego znaleźć. I póki co zawsze znajduję, o dziwo nawet w tych najbardziej sztandarowych sektorach:)…Tak najpierw trafiłem na L´aparador z planem wyczyszczenia sektoru (co na szczęście się nie udało) prowadząc m.in. Cornuvirus 8a+ i Tres Tristes Triceps 8b, a następnie na El pati: Sexo Sentido 8b. Cyferki może nie za wysokie, przy czym, wg mnie Tricepsowi bliżej do 8b+, lecz linie piękne, niebanalne i praktycznie nie chodzone.

Jesień to, przede wszystkim, ciąg dalszy budowy kilku ścian w Polsce. Ta najciekawsza, w Toruniu, wydaje się być największą ścianą sportową w Polsce. Ciekawie „połamana” razem z odpowiednią wysokością (17m) na mnie zrobiła wrażenie i bardzo żałuję, że nie udało się choć raz wspiąć. Potencjał, moim zdaniem, wystarczający czy to na imprezy o szczeblu międzynarodowym, czy choćby na zgrupowania kadry, mam nadzieję będzie wykorzystany.

Miedzy skręcaniem konstrukcji stalowych i docinaniem płyt zaliczyłem start w Mistrzostwach Polski w prowadzeniu na krakowskim Avatarze. Do finału nie udało się dotrzeć, więc odbieram swój start raczej za zaliczony, niż udany. Bardziej cieszy fakt ze spotkania się ze starymi znajomymi. Na poprawę humoru udało się wygrać lokalne zawody o Puchar Prezydenta Miasta Sosnowiec na Poziomie 450. Ciekawa formuła łącząca baldy z prowadzeniem wymagała od zawodnika nie tylko pure power, ale dodatkowo wytrzymki do pociągnięcia, nakręconych przez Luka, 3 tras eliminacyjnych. Jeśli chodzi o finał to podobnie jak na Trafo (na których tez startowałem), trochę chyba przeliczone zostały możliwości finalistów (bo wśród oldboyów i finalistek wyszło perfekto). Powód pewnie złożony. Wstrzelić się idealnie z przystawkami nielatwo. Choćby listy startowe na Trafo, wg których miała pojawić się liczniejsza czołówka krajowa (a się nie pojawiła) mogły zamieszać w planach układaczy. W takich sytuacjach można być przygotowanym z opcją awaryjną, jednak mogę sobie również wyobrazić, że ciężko taką opcję awaryjną wcześniej przygtować w obliczu ogromu pracy i przygotowań do imprezy. Na Trafo miałem tą przyjemność występować po obu stronach kurtyny i generalnie mogę powiedzieć, czy z jednej, czy z drugiej strony, zawsze jest to wyścig z czasem;). Eliminacje do lekkich nie należały, nawet dla finalistów. Na Poziomie i Trafo, jak dla mnie, sprężające. Bardzo dużo pięknego, urozmaiconego, różnorodnego i fikuśnego wspinu, i jak to bywa na tego typu zawodach, mnóstwo znajomych twarzy. Dwugodzinna sesja balderowa na Trafo i podobna na Poziomie były nie tylko sprawdzianem siły i wytrzymałości siłowej, ale również strategii i logistyki. Nie wspinam się na panelu za wiele, więc tym bardziej dwa ostatnie aspekty musiałem brać pod uwagę, nie dziwi fakt konkretnego „dojechania” i tym bardziej cieszy osiągnięty wynik. Wszędzie nawspinałem się do bólu. Generalnie świetne zawody, na których, mam nadzieję, jakimś zrządzeniem losu za rok znowu uda się wystartować. Na Trafo zakończone niezłą imprezką taneczną, ci którym się wydawało inaczej i uciekli w domowe pielesze, niech żałują;). Ostatni tydzień w kraju i ostatni punkt programu – Irata level 1 – osiągnięty, niezapomniane pożegnanie w krakowskim kolektywie Dajwór i w końcu Cornu sweet Cornu :) .

 

Grudzień, podobnie jak rok temu, to warun idealny na trudne projekty, umiarkowanie chłodno i sucho, magnezja praktycznie nie potrzebna. Plan był na Andaluzję, jednak jak to w życiu bywa plany lubią się zmieniać. Awaria rozrusznika w naszym „żuku”, zapędy „domatorskie” Hunki i brak kaski pokazały, gdzie nasze miejsce. Pierwsze święta w Cornu, które razem z sylwestrową imprezką „naprzeciw kościoła” miło wspominam. Po sylwestrowym odpoczynku, zapanowała pogoda raczej dla fanatyków, nie sposób mi było usiedzieć bez wspinu i projekcików. Dodatkowo w Margalefie stawiło się doborowe towarzystwo w dużym składzie i mimo nierozpieszczającego chłodu napierało zacnie (pozdrawiam i czekam na kolejny raz). Regularnie więc odwiedzałem Espadelles´y, które od jakiegoś czasu ewoluowały do rozmiaru ogromnego sektoru. Środkowa część, wcześniej pusta, teraz oferuje drogi od 7c+ wzwyż, których ciągle przybywa, mam wrażenie, że co tam się pojawię to jest o linię spitow więcej. Ponadto sektor wydłużył się w obie strony. Zaraz na prawo od ścieżki zejściowej mamy Punta Espadelles i opcje wspinu do 7b, natomiast po drugiej stronie, idąc dalej od groty Les Solanes (w której też przybyło dróg) mamy jeszcze do wyboru ciąg dalszy muru w postaci Espadelles extension (aktualnie 25 dróg) i La cova del cavall (koło 25 dróg). Ponadto, jadąc z Cornu, istnieje opcja skrócenia drogi i pojawienia się od razu na górnym parkingu, co dla kogoś jeżdżącego regularnie nie jest bez znaczenia (w dwie strony oszczędza się około 24 km).

Jeszcze podczas wspinu z Pszczołą (ze 2 lata temu) próbowałem rozkminic Los ultimos vampiros hippies 8c, jednak jakoś dolny, najtrudniejszy bald (kolo 7c/7c+) na drodze urywał mi palce i nie rokował zbyt szybkiego sukcesu, więc odpuściłem i zapomniałem. Przypomniało mi się w styczniu i postanowiłem jeszcze raz sprawdzić czy jest opcja pociągnięcia trasy. Początkowo, podobnie jak wcześniej, nie wyglądało to dobrze, ledwo kleiłem ruchy z paro ruchowego balda. Drugi dzień jednak pokazał, że jest szansa. Dograłem znacznie latwiejszą (około 8a) górną część drogi i trzeciego dnia po wygenerowaniu w sobie odpowiedniej dawki agresji na startowego balda i wytrzymaniu na dalszym odcinku, wpiąłem się w łańcuch zjazdowy. Niestety nic za darmo. Niska temperatura, słabe rozgrzanie lub zbyt długie restowanie pomiędzy próbami, spowodowały, że na drugi dzień zaczął dawać o sobie znać troczek palca „serdecznego” lewej ręki. Gdybym już wtedy odpuścił zawody na Trafo, na których go dojechałem, może dzisiejszy dzień spędzałbym na Espadelles’ach. Niestety wyszło inaczej i teraz z napuchniętą „parówką” muszę dać sobie co najmniej 2 tygodnie luzu. Nota bene pierwszy raz w swojej 18-letniej karierze wspinaczkowej skasowałem palca. Kiedyś musi być ten pierwszy raz, tylko czemu akurat teraz?. Przymusowy rest, mając skały na wyciągnięcie ręki będzie dla mnie (a raczej już jest) dużym testem cierpliwości.

 

Podsumowując, kolejny rok w Cornudelli minął nam jak z bicza strzelił. Praktycznie koło 4 miesięcy spędziłem poza Cornu, więc na małą ilość wspinu w najbliższej okolicy nie narzekałem, natomiast na brak kaski jak najbardziej (pod tym względem bardzo się cieszę, że 2013 to już przeszłość). Poza tym częściej mój zapal studziła kapryśna w ubiegłym roku pogoda niż niechęć i znudzenie i to cieszy najbardziej. Z różnych powodów nie był to najlepszy rok pod względem osiągniętego wyniku, poza 8c się nie wychyliłem, ale poczułem znacznie swobodniej i odważniej w obecności tej cyferki. Zresztą, o czym wyżej pisałem, niekończące się wyczekiwanie na pracę nie motywowało do próbowania trudniejszych projektów, a raczej wymuszało co najwyżej szybkie RP. Ze zrobionych 4x8c, 4x8b+ i całej masy tras łatwiejszych najbardziej w pamięci zapadło odhaczenie starego projektu na L´olla z Łukaszem Dudkiem i próby na Jungle Speed. Był to dla mnie pouczający i motywujący moment czasowy i chyba najefektywniejszy z całego roku. I chyba tylko wtedy wstawiałem się w coś trudniejszego od 8c. Powstała wówczas Directa Cornualles (której Lukasz ma 1 przejście, do mnie należy drugie) do dziś wydaje mi się trudną trasą, jak na swoją cyfrę. Aktualnie drogę próbuje paru naszych krajowych mocarzy i raczej wszyscy zgodnie twierdzą, że banalnie nie jest.

Poza tym trudno zapomnieć o około 30 próbach, wyścigiem z cieniem i namawianiem Uli na asekurację na Tufalofobii, czyli staniu w jakimś kompletnym krzonie i niezbyt pięknych okolicznościach przyrody i obserwowanie mojej irytacji na jakimś parchu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz oddałem tyle prób na drodze, która wydawała się szybkim „szpilem”;).

Każdego lata uciekamy z Hiszpy przed upałami. Z Hiszpy może nie uciekliśmy, ale przed upałami się udało, gdyż opisana wcześniej Asturia jest idealną opcją na lato. Było dużo zwiedzania, poznawania spotów wspinaczkowych na „zaś” i nowych interesujących ludzi. Wspin głównie onsightowy i tu dobrze pamiętam Nani 7c w Teverdze – hiszpańskiego „chińskiego maharadżę”, którego prowadziłem ponad godzinę, przede wszystkim sprawdzając wytrzymałość swoich nóg;). Poza wspinem „a vista” spore emocje były przy przejściu nie łatwego i bardzo trickowego El replicante 8b, którego razem z Tres tristes triceps 8b i Manumision 8a+ uważam za 3 najpiękniejsze linie ubiegłego roku. Tyle jeśli chodzi o podsumowanie ubiegłorocznego wspinu. Wszystkim, z którymi dane mi było się wspinać pozdrawiam i dziękuję za wspólne chwile. Było zajebiście;)…

 

Podziękowania za wsparcie należą się tez dla Evolv’a i ProRock’a, w którego teamie mam przyjemność działać i z którym nieustannie współpracuję.

 

Podobnie jeśli chodzi o ludzi, którzy odwiedzili, pomieszkali i mamy nadzieję dobrze wspominają naszą miejscówkę. Przewinęło się Was naprawdę sporo z najprzeróżniejszych miejsc Polski i nie tylko. Wszystkim dziękujemy za przybycie, wspólne wieczory przy piecu, każdą, nawet tą najmniejszą, pomoc oraz regularne dostawy chleba razowego i ogórków kiszonych z Polski. Poza tym wiem, że będzie to również czytać mama Uli, więc osobne, największe podziękowania należą się właśnie dla Pani za te wszystkie ogromne paki, pełne smakowitości i wielu nieraz bardzo potrzebnych rzeczy. Wszystkich Was zapraszamy ponownie i pozdrawiamy. Miejsce wolno bo wolno, ale się rozwija i mamy nadzieję, że będzie coraz lepiej.

 

W Cornu zaczynamy czuć zbliżającą się wiosnę, migdałowce zaczynają kwitnąć i powoli rośnie temperatura. Rozbicie namiotu nabiera sensu, noce stają się cieplejsze i regeneracja po wspinie możliwa.

Poza opcją namiotu, szczególnie zimą, gdy wieczory długie i często na minusie, druga opcja to wynajem mieszkania w Cornu, w czym czasem pośredniczymy. Miejsce, a bardziej projekt, ochrzciliśmy jako Climbing Tribe i pod tą nazwą zaistnieliśmy m.in. na Facebooku.

 

Z tych ostatnich, jesiennych przejść te najciekawsze to:

 

Los ultimos vampiros hippies 8c RP (Margalef),

Tres tristes triceps 8b RP (Siurana),

Sexo Sentido 8b RP (Siurana),

Cornu virus 8a+ RP (Siurana),

Tret de Carxot 8a OS (Siurana),

Cerco Iberico 8a OS (Margalef)

??? 8a OS (jedna z nowości na Espadelles na prawo od Super Nani w Margalef, załapałem się prawdopodobnie na pierwszego OS’a),

Aizkolari 7c+ OS (Siurana),

Mar de Boira 7c OS (Siurana),

Ronin 7c OS (Margalef).

 

Pozdrawiam

Rafał

 

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Kantabria i Asturia trip

Przygotowania naszego miejsca do okresu jesienno-zimowego idą pełną para, albowiem szykuje mi się dłuższy wyjazd do roboty, a w piecu czymś trzeba będzie palić, basen napełnić, trawę skosić etc., ot roboty działkowe. Dodatkowo zacząłem budować prysznic, ewidentnie go tu brakowało, zatem na pisanie bloga nie łatwo mi znaleźć czas. Ale obiecałem i słowa dotrzymuje.

 

Wakacje to dla nas jeden z takich momentów w roku, kiedy możemy na dłużej pojechać gdzieś razem, wyrwać się z pięknego Cornu i przy okazji przeczekać nadchodzące upały. I wiadomo, podróżować trzeba, choćby dla poszerzania horyzontów i docenienia miejsca w którym mieszkamy. Przemiłe uczucie wrócić do domu po miesięcznej tułaczce i usiąść na progu z poranna kawka, czy zielona herbata. Dobrze nam się tu mieszka, mimo paru uniedogodnień. Coś za coś, po prostu.

 

Tym razem padło na Kantabrię i Asturię. Zarówno pod względem wspinaczkowym, pogodowym (najlepszy czas na tamte okolice to właśnie lato) i krajobrazowym wiedzieliśmy, że będzie pięknie i się nie zawiedliśmy. Planując trasę podróży podstawowym zamysłem była jej niepowtarzalność względem ubiegłorocznej wycieczki do kraju Basków. Czyli chodziło przede wszystkim o inne dotarcie w okolice Saragossy, gdyż potem zaczynała się dla nas prawdziwa „terra incognita”. Przypadek sprawił, że znaleźliśmy interesujące, warte zobaczenia miejsce. W jednym z pierwszych numerów Kontynentów (nawiasem mówiąc, naprawdę ciekawy,reaktywowany magazyn) znalazłem artykuł Marka Pernala (konsul generalny w Barcelonie) o Belchite. Na tyle nas to zaciekawiło, że stało się naszym pierwszym punktem programu. Belchite to aragońskie miasteczko położone około 48km na południowy wschód od stolicy, Saragossy. Nic by w tym nie było ciekawego, bo tereny te to wyjałowione, wypalone słońcem, pagórkowate pustkowia. Jednak historia Belchite to historia wojny domowej w Hiszpanii (1936-1939). W sierpniu 1937 roku w wyniku starć oddziałów republikańskich z wojskami nacjonalistów miasteczko zostało niemal doszczętnie zniszczone. Przede wszystkim stanowiła o tym niedaleko położona Saragossa, wtedy w rekach frankistów (nacjonalistów). Belchite było jednym z kluczowych punktów operacji odbijania stolicy przez republikanów. Miasteczko padło po, aż 13 dniach!!!walki tak ciężkiej (zginęło 3000 osób!!!), że do operacji odbijania Saragossy nie doszło, a Belchite pozostało w rekach generała Franco, który rozkazał pozostawić ruiny miasteczka ostatecznie zniszczonego rok później, jako swoiste trofeum. Nowe Belchite zostało zbudowane tuz obok, a ruiny starego-pueblo viejo stoją do dziś i biorąc pod uwagę tutejszy klimat, jeszcze długo postoją. Historia pueblo viejo sięga drugiej polowy XII wieku i wśród ruin, poza zwałami gruzów i szkieletami domów, znajdują się 2 kościoły i klasztory barokowe oraz XV wieczna wieża zegarowa w stylu mudejar (charakterystyczny styl w architekturze pozostały po dominacji muzułmanów na tych terenach). Klimat i panująca atmosfera mocno nas poruszyły, do tego stopnia, że wracając jeszcze raz się tam zatrzymaliśmy, by dowiedzieć się więcej. Miejsce to jest znane wśród parapsychologów i „poszukiwaczy duchów”. Pogłoski mówią, że w nocy na ruinach pojawiają się duchy zamordowanych w czasie wojny, a z ruin jednego z kościołów słychać krzyki. Jest wielu świadków i sam oglądałem kilka filmików-wywiadów z owymi. Palące słońce, w okolicy ani żywej duszy, wszystko jakby zamarło w czasie. Widok jak z filmów wojennych, tyle że nie sztuczny, tylko autentyczny. Nie dziwne więc, że kręcono tu kilka filmów, m.in. fragmenty „Labiryntu fauna” i „Przygody Barona Munchausena”. Miejsce warte odwiedzenia, szczególnie przy okazji zwiedzania Saragossy i myślę że fotki trochę bardziej to zobrazują.

Z mega suchego Belchite pojechaliśmy w kierunku coraz bardziej krajobrazowo zielonym i klimatycznie przyjaźniejszym, mijając uśpione, sprawiające wrażenie wymarłych, puebla. Rest nad pięknie położonym jeziorem La Cuerda del Pozo niedaleko Sorii, to pierwszy znak o zmianie krajobrazu. Gdyby było bardziej płasko, pomyślałbym ze jestem w okolicach Kroczyc na Jurze.

Następnie trochę włóczymy się po bardzo przyjemnym, ładnym, pełnym różnej maści lepszych i gorszych artystów ulicznych, z podobno najbardziej znaną katedrą w Hiszpanii (jednak nie Sagrada Familia w Barcelonie), Burgos. W skrócie: warto;). Jednak nas już ciągnie do natury (czyt. wspinania), chwilowo mamy dość tych wielkich miast, miasteczek i wiosek.

Przekraczamy przełęcz Piedrasluengas (1350m n.p.m.) z pięknym widokiem na masyw Picos de Europa i wjeżdżamy do Kantabrii.

Na dzień dobry zatrzymuje nas chamska i niezwykle agresywna Guardia Civil. Nie dość, że gościu do mnie nie mówi, tylko krzyczy to przyczepia się do trzymania nóg na pulpicie przez Ulę!!!. Na domiar złego zza moich pleców wyłania się Ajka dając upust temu co o tym myśli, do czego również pan funkcjonariusz się przyczepia, bo jak to pies może podróżować bez zapiętych pasów. Chcąc zakończyć jak najszybciej to „przemiłe” spotkanie płacimy (nie ma opcji na kredytowy, gdyż nie jesteśmy Hiszpanami) mandat 40 euro za „nogi”, w którym potem doczytujemy się, że te nogi trzymał na pulpicie kierowca. Stos niecenzuralnych słów musiałbym teraz użyć, by wyrazić moją nienawiść do tej rasy psów.

 

Pierwszym celem wspinaczkowym było, położone niedaleko miasteczka Hermida, a dokładnie na granicy między Kantabrią i Asturią, Rumenes. Co ciekawe, wg Desnivela, Rumenes jest asturiański, natomiast w nowo wydanym przewodniku po Asturii („Escalada Deportiva Asturias – E. Puente) nie został ujęty? Dziwne, gdyż granica przebiega od okolic wioski Urdon wzdłuż rzeki Deva, więc Rumenes to już Asturia. Poza Rumenes, przełęcz la Hermida (Desfiladero de la Hermida) oferuje jeszcze kilka rejoników, z których najciekawszy i warty polecenia, to Cicera. Natomiast takie miejsca jak Cueva del Ribero (przy Hermidzie), Urdon, el Salmon, czy sektor Clonico, to spoty „jednodniowe”, na odwiedziny „przy okazji” i niekoniecznie.

 

Rumenes.

Dojazd:

Z Santander kierunek na Oviedo (darmową autovią lub płatną autopistą), zjazd do Unquera i kierunek na Panes/N-621. Z Panes kierunek Potes, by dostać się do „impresionante” Desfiladero de la Hermida. Po około 7km dojeżdżamy do wioski Rumenes. (2 domy na krzyż). Parking, z którego w skały jest 15min podejścia, znajduje się na 168 kilometrze po lewej stronie (jadąc od Panes) za „wioską”. Skały po przeciwnej stronie parkingu są częściowo widoczne. Dawaliśmy radę z Ajką, mimo jednego (zaporęczowanego) prożku skalnego, ale nie jest łatwo. Pod skałami trawka, ale stroma, z dzieciakiem trzeba uważać.

Spanie:

Jak wiadomo w całej Hiszpanii „la acampada libre esta prohibida”, da się znaleźć zaciszne miejsca do spania w samochodzie i póki co nikt nie robi z tego powodu problemu. W związku z tym, że płynąca wąską doliną rio Deva jest regularnie zarybiana łososiem, pojawiają się lokalni wędkarze, którzy lustrują kampowiczow. Inna opcja jest spanie w La Hermida. Większej wiosce, w której dla camperow jest wyznaczony parking,

Woda:

Nie ma problemu, szczególnie patrząc z punktu widzenia przybysza z „pustyni”;). Kilka źródełek w okolicy.

Wspinanie:

W związku z tym, że skały (dotyczy wszystkich rejonów) znajdują się blisko największego w Hiszpanii parku narodowego Picos De Europa, miejsca po swoim pobycie należy zostawiać tak, jakby nas tam nie było.

 

Rumenes to 2 sektory (Inferior i Superior), przy czym tak naprawdę interesujący jest tylko jeden, położony trochę wyżej piękny Superior. Rumenes, nazywane czasem „hiszpańską Tajlandią”, jak się można domyśleć, to wspin po różnej wielkości tufach w lekkim przewieszeniu. Liczy się przede wszystkim wytrzymałość, drogi 25-35m (z jednym 55metrowym wyjątkiem), jest ich dokładnie 43, głównie dla wspinacza z przedziału 7a-8a+. Trafiliśmy tam akurat po opadach i gdzieniegdzie jeszcze kapało, ale mimo to dało się wspinać, od 14 pojawiał się cień i optymalna temperatura. Jeśli chodzi o jakość wspinu to nie robiłem tam brzydkiej drogi, bez zastanowienia polecam takie perełki jak: Rumenes power y albino 7a+, Tubullar Hell 7b+, Panico Nucrear 7c, El dia del arquero 7c, czy Sindrome de stendhal 7c+. Dla zaawansowanego wspinacza radzącego sobie z drogami 7c-8a onsightem, to rejon na parę dni. Lokalsi przemili, otwarci i tak naprawdę niewiele więcej wspinaczy tam spotkaliśmy. Wystawa wschodnia i północno-wschodnia, więc cień mieliśmy od około 14 .

Topo:

http://www.escaladaasturias.com/HTML/spanish/escuelas.html

W Hermidzie, w gospodzie „La Cuadrona” są schematy całej okolicy, do wglądu.

Desnivel nr 230, Escalar nr 65.

Cicera.

Dojazd:

Jedziemy identycznie jak do Rumenes, które mijamy i dojeżdżamy do miasteczka Hermida. Mijamy miasteczko, dalej jadąc N-621 i po około 7km zatrzymujemy się po prawej stronie, na parkingu (około 160 kilometr drogi N-621) z charakterystycznym domkiem dla wędkarzy (wyglądającym jak przystanek z kominkiem:)). Następnie ścieżką (ruta de las Agueras) po przeciwnej stronie drogi podchodzimy w skały jakieś 30min. Tuż przed odbiciem ze ścieżki w prawo, pod skały, mur będzie widoczny (w górze, po prawej stronie).

Spanie, woda:

Dokładnie ta sama historia, co w przypadku Rumenes.

Wspinanie:

Cicera to mur skalny, pionowy lub minimalnie przewieszony, porównując do Rumenes uboższy w formy naciekowe. Wymagające, techniczne wspinanie. Trochę po tufach, trochę krawądek, oblaków itp., jak dla mnie znacznie ciekawiej, ale też znacznie trudniej, wyceny wyśrubowane. Nie jest to „wachlowanie” po klamach, długie przepiękne drogi (przydaje się lina 80m) wymagają od zawodnika poza wydymką, też silnych palców. Trudne, koncepcyjne miejsca nie dawały mi szans podczas ataków onsightowych. Miejsce nie odwiedza zbyt wielu wspinaczy, poza nami było jeszcze może 6 osób. Jeśli chodzi o piękne drogi to polecam przede wszystkim: Orujo de Liebana 7c, Mancha Roja 7c, Troncomovil 8a i Walking on the moon 8a+. Trudne propozycje, ale uchodzące za klasyki. Łatwych, szóstkowych dróg jest tu kilka, a wspin to przede wszystkim drogi o trudnościach 7b+-8a+.

Topo:

Zdobycie przewodnika to przystawka. Oficjalnie jeszcze nie funkcjonuje, z jakiego powodu tego nie udało mi się dowiedzieć. Może lokalsi starają się, jak na razie, utrzymywać miejsce jako secret spot, aż do sfinalizowania wielu istniejących tam projektów. W każdym bądź razie, trzeba pytać o topo lokalnych wspinaczy. Najlepiej najpierw wybrać się do Rumenes (większe prawdopodobieństwo spotkania wspinaczy) i tam dowiedzieć się szczegółów o Cicera.

Rest:

Przede wszystkim trzeba spróbować tutejszych specjałów, głównie różnych rodzajów sera, natomiast z alkoholi tutejszym tradycyjnym trunkiem jest Orujo de Potes.

Poza tym w Hermidzie wycieczka do gorących źródeł jest przemiła, pod warunkiem, że wcześniejszy okres nie był zbyt deszczowy, woda wtedy nie jest zbyt ciepła.

Kolejna opcja to wycieczka czy to do Parku Picos de Europa, czy nad morze (ok 20km). Jeśli chodzi o morze to co kto lubi. My szybko uciekliśmy z bajecznych, szerokich, piaszczystych plaż zaludnionych jak na targu w dzień handlowy (okolice nadmorskiego kurortu San Vincnte de la Barquera) w bardziej kameralne zakątki, a równie bajeczne (gdzie nikt nie robi problemu z obecności psa na plaży). Trochę czasu znalezienie takowych nam zajęło, jednak warto było się nie poddawać, gdyż znaleziony parking pełen fanatyków surfowania, sprawił że miło wspominamy tamtejsze wieczory. Muszę kiedyś spróbować tego surfowania;).

W opisanych miejscach spędziliśmy jakieś 10 dni, następnie ruszyliśmy w kierunku Oviedo, po drodze zahaczając o Poo de Cabrales. Krotka wizyta w Poo, mijamy Oviedo i wjeżdżamy do doliny Niedźwiedzia (Valles del Oso), która okazuje się na tyle ciekawym i olbrzymim spotem wspinaczkowym, że zostajemy do końca wycieczki i na pewno jeszcze będę chciał tu wrócić.

 

Poo de Cabrales.

Dojazd:

Opuszczamy Desfiladero de la Hermida w kierunku na Panes. W Panes skręcamy w lewo (jadąc od Hermidy) na Las Arenas de Cabrales (AS 114), które mijamy i dojeżdżamy do wioski Poo de Cabrales. Zaraz za wioską po lewej stronie jest duży parking (Pozo de la Oracion), a rejon jest widoczny dokładnie na przeciwko. Pod skały podchodzimy słabo widoczną ścieżką. Czas podejścia zależy, w które miejsce idziemy. Jednak to najciekawsze jest na samej górze (niezbyt widoczne z dołu) i nam, w strasznym słońcu, zajęło to 40min.

Spanie:

W las Arenas de Cabrales camping lub parking, w związku z tym, że zaraz przy drodze trudno powiedzieć, czy nie trzeba się liczyć z odwiedzinami Guardii Civil. Znaleźliśmy znacznie przyjemniejszą „area recreativa” w samej wiosce (nad rzeką) i 2 noce spędziliśmy tam bezproblemowo. No i jest jeszcze opcja hotelu w Poo;).

Woda:

Źródełko w wiosce.

Wspinanie:

Niestety te skały (na samej górze), które z dołu wyglądają całkiem nieźle to akurat miejsce ciągle w fazie projektu, a wspinanie jest niżej, jak dla mnie, gdyby było wyższe, byłoby przepiękne (max 15m). Najciekawsza część (niewidoczna z dołu) znajduje się na samym końcu muru. Mur tutaj nabiera wysokości (30m) i co najważniejsze, przepięknie się urzeźbia. I dodatkowo mamy piękny widok na Naranjo del Bulnes i cały masyw Picos de Europa. Wystawa płd i płd-wsch, więc cień dosyć późno się pojawia. Akurat w lipcu jasno było do około 23, więc zmęczyć się zdążyłem. W tej części jest 12 pięknych dróg (jedno 6b+, 7a-8a) i dla tej części warto tu wpaść. Większość dróg po tufach „idealnych”, narysowanych jak od linijki. Jednak nie ma tego za wiele i po jednym dniu ruszamy dalej.

Topo:

http://www.escaladaasturias.com/HTML/spanish/escuelas.html

Niedawno ukazał się przewodnik po Asturii, autorstwa Esau Puente. Występuje tam podział na 4 Zony: Centro (Oviedo), Oriente (m.in. Poo de Cabrales, plus 10 innych miejsc), Cuencas Mineras (5 rejonów) i Valles del Oso (Teverga i Quiros). Przewodnik przejrzysty, czytelny i graficznie (schematy na fotkach) ładnie wykonany.

Wynika z niego, że miejsc wspinaczkowych w Asturii nie jest mało (opisuje 25 rejonów), dodatkowo w większości miejsc jest albo dziko i zacisznie, albo przynajmniej kameralnie. Pewnie nie długo jeszcze tak będzie. Asturia staje się wśród Hiszpanów coraz bardziej popularna. Nie jest strasznie daleko, w lecie znacznie chłodniej (takie lato w Polsce) i dodatkowo niewielka odległość ze skał do morza, czynią z tej pięknej krainy łakomy kąsek, szczególnie w czasie kryzysu.

Teverga.

Dojazd:

Teverga to olbrzymi rejon i w zależności gdzie chcemy się wspinać, musimy pojechać do odpowiedniej wioski. Najbardziej popularne miejsce z największą ilością sektorów (i ze względu na socjal) znajduje się wokół wioski Entrago i najlepiej od tego miejsca rozpocząć eksplorację.

Dojazd do Entrago: kierunek z Oviedo na La Espina (A 63), następnie zjazd na Trubia i cały czas kierunek na Puerto de la Ventana (AS-228). Mijamy Proaze i dojeżdżamy do Entrago.

Spanie:

W Entrago jest duży, darmowy parking(z kibelkiem i prysznicem) z dużą polaną na namioty, z którego spacer ścieżką Senda del Oso (antyczny trakt górniczy ciągnący się doliną przez 20km) doprowadza pod najbliższy sektor Entrecampos i pod podejścia (max 10min) do innych sektorów. Na zakupy jeździliśmy w okolice Oviedo, ale można też zaopatrzyć się w sąsiednim miasteczku San Martin. W Entrago mamy do wyboru 2 bary, piekarnie z bardzo dobrym wiejskim chlebem (1 klasa jak na Hiszpańskie standardy) i źródełko. Ogólnie z wodą, raczej w całej Asturii nie ma problemu.

Wspinanie:

Valles del Oso oferuje taką ilość wspinania, że przez spędzone tam 2 tygodnie delikatnie tylko rozpoznaliśmy miejsce. Jeśli chodzi o wspin, każdy poruszający się po drogach od około 6b (tych łatwiejszych nie ma zbyt wiele), znajdzie tu coś dla siebie. W sumie jest ponad 600 wzorcowo ubezpieczonych dróg. Wyceny wyśrubowane, często z miejscami balderowymi. Tufy przeplatane technicznymi pasażami po crimpach, czujne miejsca w połogu, techniczne piony, jest wszystko. Zdażyło mi się tu robić 7b+ (Patetic man) z najtrudniejszym miejscem w kominie pomiędzy dwoma dużymi tufami, pionową przechodzącą w slaba 7c (Nani), paro ruchowe, balderowe 7c+, wytrzymałościową, przewieszoną, typowo „tufową” 8b (El replicante), czy przepiękną Manumision 8a+ z jednym z trudnych miejsc polegającym na przewinięciu z pionu w połóg. Dzięki temu jest mega ciekawie i urozmaicenie. Wszystko w pięknych okolicznościach przyrody i niezaludnione. Jeśli chodzi o wspin w Asturii, Teverga to numer 1 i zaliczam ją do czołówki hiszpańskiej.

 

Jeśli chodzi o orientację w terenie to, jak już wspominałem, miejscówka jest podzielona na 4 zony, wioski, z których idziemy pod sektory.

 

Wygląda to mniej więcej tak:

Entrago – 10 sektorów z drogami wszelakiej maści od 6a do 8c, począwszy od krótkich treściwych np. w sektorze Pingalagua, po długie wytrzymałościowe (często z balderkiem) w sektorach Entrecampos (najbliższy sektor, zaraz przy ścieżce Senda del Oso) lub Pared Negra.

Gradura – 4 sektory, 6b+-8c+.

Sobrevilla – 2 sektory.

Marabio – 5 sektorów.

Oraz w niedalekiej odległości, koło Proazy (10 min samochodem):

Penas Juntas – 3 sektory, 6a+-8c+ (w nowym przewodniku zaliczane również do Tevergi).

Villanueva – 25 dróg (powyżej „area recreativa de Bullera”).

Natomiast koło miasteczka Trubia:

Prianes – 30 dróg (2 sektory: Clasico i la Cueva, V+-8a)

 

Jest jeszcze, również duże (300 dróg), Quiros (z Tevergi 20min jazdy samochodem, koło wioski el Llano, niedaleko jezioro, refugio). Rejon historyczny, gdyż podobno tu jest jedna z pierwszych hiszpańskich i pierwsza w Asturii 8a z 1987 roku. Nie byliśmy, lokalsi mówili, że wspin bardziej po pionach, z większą ilością łatwiejszych dróg, równie piękny, porównując do Tevergi. Podałem tylko te najbliższe i najciekawsze miejsca w stosunku do Tevergi, rejonów i rejoników w okolicach Oviedo jest znacznie więcej.

Topo:

Wspomniany przewodnik („Escalada Deportiva Asturias”-E.Puente) do kupienia w dwóch barach, obok parkingu w Entrago (także tam do wglądu różnej maści schematy po okolicy i wifi). Korzystaliśmy ze znalezionych w necie starszych schematów, ale bardzo trudno było się połapać co jest co, lokalsi prężnie działają i międzyczasie pojawiło się dużo więcej dróg, więc nie polecam tej opcji.

 

Valle del Oso to jak na europejskie standardy dosyć dzika dolina. Puebla są malutkie i w dużej części opuszczone, więc pustych, starych domostw z charakterystycznymi dla Asturii i Kantabrii wiejskimi spichlerzami, wystawionych na sprzedaż tu nie brakuje. W górach żyją niedźwiedzie (jedyne takie miejsce w Hiszpanii) i wilki. Bogactwo roślin z różnych stref klimatycznych na jednym obszarze, od eukaliptusowych lasów przez łąki, które zachwyciłyby niejednego zielarza po krokusy kwitnące na szczytach, sprawiają że jest to wyjątkowe miejsce. Tak nas ta piękna kraina zauroczyła, że przez chwilę myśleliśmy o przeprowadzce. Jednak wstępne „rozpoznanie terenu” uświadomiło, że zima tu nie jest tak lekka, a z pracą jest jeszcze gorzej niż w Katalonii. Stad znaczna większość lokalsow to osoby starsze, młodych jak na lekarstwo. Szkoły co prawda są, ale do tej najbliższej (w miasteczku San Martin) uczęszczają 23 dzieci i nie wiadomo, czy jej z powodu kryzysu nie zamkną. Także aż tak kolorowo nie jest. Aktualnie ratunek dla tego miejsca to turystyka i tą branżę tutaj próbuje się rozwijać. Warto wybrać się z rowerem i nie trzeba być zawodowcem, żeby pięknie tu pojeździć. Wspomniana Senda del Oso (20km) to jedna z pierwszych opcji na wycieczkę rowerową. Odwiedzenie unikatowej i jednej z największych w Asturii jaskini Cueva Huerta (podobno14km galerii) to kolejna propozycja. Nie można również pominąć degustacji tutejszych serów i charakterystycznej dla Asturii – Sidry, trunku musującego na bazie jabłek, nalewanego również w specjalny sposób, znad głowy do nisko trzymanego kufelka. Wspinanie również istnieje tu od dawna, lecz poza lokalsami, niewiele więcej osób się tu wspinało. Podobno (wg lokalsów) od ubiegłego sezonu po raz pierwszy Tevergę odwiedzają inni wspinacze. Miejsce ma ogromny potencjał i pewnie kwestią czasu jest, by stało się popularne. Mam nadzieję, że razem ze wzrostem popularności, nie zostanie zadeptane i zaśmiecone.

Namiary GPS (wg Desnivela):

Rumenes: 43.280711/ -4.628558 (parking).

Poo de Cabrales: 43º18´42,47´´N / 4º50´19,49´´W (parking).

Teverga: 43.17 / -6.096667 (parking w Entrago), 43.199167 / -6110833 (parking w Marabio)

Villanueva: 43º15´47´´N / 6º0´2´´W.

Prianes: 43º22´34.36´´N / 5º57´47.23´´W (parking).

Quiros: 43º12´12,46´´N / 6º0´53,12´´W (refugio).

 

Pozdrawiam

Rafał

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Posted in Bez kategorii | 2 Comments

a co tam w Cornu?

Lato już w połowie drogi, a ja mam zamiar trochę powspominać jego zadziwiający początek. Chwile mnie tu nie było, chciało by się napisać jak zwykle, ale też jak zwykle mam wytłumaczenie. Przede wszystkim, plany planami, a wyszło jak zwykle, czyli inaczej niż tego chcieliśmy. Z moja teraz już upragnioną pracą sprawa maksymalnie się przeciągnęła i wciąż przeciąga do bliżej nieokreślonego terminu we wrześniu, jak Bóg da. Gdyby nie moi wierzyciele nie wiem jakbyśmy to obsunięcie przetrwali, nawet w naszej dżungli kaska bywa przydatna. Mam nadzieję, że mój pracodawca czyta to i przynajmniej doceni oddanie i cierpliwość swojego pracownika. Jedyne co lekko przeraża to już nie tak odległa zima. Jakoś z tej kabały musimy się wykaraskać. W związku z tym nasz wspaniały pomysł podróżowania po Europie musiał odejść w zapomnienie i trzeba było zaspokoić olbrzymią ochotę na tripa jakimś planem zastępczym, czytaj bardziej ekonomicznym. Tak też uczyniliśmy, tyle że dopiero w lipcu i tylko na miesiąc, zapakowaliśmy naszego mieszkalnego transportera i ruszyliśmy na podbój Cantabrii i Asturii. O odczuciach i tym co zobaczyliśmy mam zamiar napisać w następnym blogu.

Tymczasem wcześniej (maj/czerwiec) co nieco też się wydarzyło. Przede wszystkim nasz mały mądralka – Huna zakończył z pięknymi wynikami (na szczęście nie pamiętam swoich) naukę w 2 klasie, zdał do następnej i aktualnie spędza wakacje z babcią w Polsce. Mi osobiście (jakby tego było mało) udało się zawinąć wokół drzewa „żółtego” na totalnie prostej drodze, na szczęście nie jakoś mocno (kaska przecież nie gra roli;)) i bez uszczerbku na zdrowiu. Zaczynam wierzyć, że raz do roku dopada mnie jakieś tragiczne fatum próbujące wykorzystać chwile słabości (bo przecież nic innego, jestem świetnym kierowca…hehe…), ale nie tak łatwo ze mną, nie dam się. Mam nadzieję, że ten rok mam już odbębniony;), jeśli chodzi o takie sytuacje. 

Nie zapomniana jest również historia Shivy, suczki rasy Podenko (bardzo tu popularne bo używane do polowania), którą Ula przygarnęła podczas jednej z wycieczek nad morze. Psica była w strasznym stanie i przede wszystkim miała złamaną nogę (pewnie dlatego została wyrzucona, mówiąc wprost przestała być przydatna). Ostatecznie po batalii z jednym ze schronisk w Reus, które nie chciało jej przyjąć, gdyż nie zawiadomiliśmy policji o tym fakcie!!!, Shiva wylądowała (do wyleczenia nogi) u nas i ku niezadowoleniu Ajki (ta to dopiero jest zazdrosna) spędziła z nami miesiąc. Nie był to lekki miesiąc i dopóki nie pojawiła się u nas Shiva, myślałbym, że każdego psa da się w jakiś sposób „ustawić”, jednak się myliłem. W jej przypadku trochę wyglądało to jakby albo nic nie kumała, albo celowo robiła na złość. W szczegóły się nie ma co wdawać, rozpoczęliśmy, niestety bezskutecznie, poszukiwanie jej nowego domu. Jedynym warunkiem było, że nie oddamy jej żadnemu myśliwemu, a jak się zresztą spodziewaliśmy, tylko tacy się zgłaszali. Miedzy czasie dowiedzieliśmy się o znacznie lepszym schronisku dla zwierząt („przepaść” jeśliby chcieć porównać je z poprzednim, z którego mamy większość zwierząt, stad je dobrze znamy) i tam Shive oddaliśmy, życząc jej szybkiego znalezienia właściciela, jednocześnie mu współczując. Dzięki tej historii dowiedzieliśmy się, że w Hiszpanii istnieją 2 rodzaje schronisk dla zwierząt, bardzo się między sobą różniące biorąc pod uwagę „jakość usług”. Szkoda, że owe psy i koty o tym nie wiedza i jedne trafiają do „hotelu”, a inne do przeludnionego „obozu”. I dzięki tej historii nasza Ajka, na zasadzie porównania z Shiva, dostała kolejną, nad wyraz jej pasującą ksywkę: Einstein;).

 

Na początku maja Cornu i szeroko pojęte okolice wspinaczkowe zaczęły pustoszeć. W związku z tym postanowiłem ten czas spożytkować na doładowanie baterii na tutejszej bulderowni (tak, w Cornu egzystuje całkiem spoko nora). Dawno nie sprawiało mi takiej przyjemności dojeżdżanie się na tutejszych baldach czy obwodach. Ogólnie panujący klimat ładowania, plastikowych śliskich chwytów, wszędobylskiej magnezji i dudniącej muzy przypomniał jak to „drzewiej bywało”:). Zacznę to chyba robić częściej;)…Większość, razem ze mną, w początkowo panującej wzrastającej temperaturze widziała zbliżający się koniec sezonu w Katalonii, więc tym bardziej jakoś w skały mnie nie ciągnęło. Fakt, upały pojawiły się, trochę nawet w maju pogrzało, jednak takiego czerwca nawet najstarsi cornudelczycy nie pamiętają. Jakie było zdziwienie Momy (Kuba Momatiuk), który przyjechał na słoneczne wakacje w Hiszpanii uciekając przed typową angielską pluchą, a przyszło mu marznąć w skałach, użerać się z mokrymi chwytami i ogólnie panującą wilgocią. Mi również było trochę głupio, gdyż sam zapewniałem, że w czerwcu to może być jedynie za ciepło. Nie wspominając, że parę razy paliliśmy nawet w piecu. Zresztą nie widziałem wcześniej tak obficie zazielenionej okolicy, która zazwyczaj o tej porze roku zamieniała się w „pustynię”. Dzięki deszczowej wiośnie nawet w naszej wyschniętej studni pojawiła się woda. Nie bezpodstawne więc są informacje o ogromnych zmianach klimatycznych na ziemi i nie trudno sobie wyobrazić, chociażby na podstawie „własnego ogródka”, skutki takich zmian. Może u nas pojawiła się woda, ale pomarzły również już zakwitłe drzewa owocowe, zbiory winogron prawdopodobnie się opóźnią, a w nieodległych górach spadł śnieg (przełom maj/czerwiec!!!).

Jeśli chodzi o wspin byliśmy z Kuba dość zawzięci i w skały cisnęliśmy niemalże nieodwołalnie. Przez około 2 tygodnie miałem wrażenie jakby był marzec: puchówka, czapa, rękawice wróciły do łask. Dla Kuby był to wyjazd wypoczynkowo – zapoznawczo – wspinaczkowy, więc zainteresowany był tutejszymi klasykami i zwiedzaniem okolicy. Ja służyłem za przewodnika, jednocześnie sam szukając celów do odhaczenia. Było trochę wspinu w Margalefie, Montsant i na koniec zacumowaliśmy na dłużej w Siurance. W związku z tym, że Moma zajął się jednym z klasyków sektora L´olla, a mianowicie Migranya 8b, ja wziąłem na celownik rzadko odwiedzany, położony naprzeciwko L´olla, sektorek Fontscaldes. Aktualnie, razem z wariantami jest tam 8 dróg/maks 25m, poza niezbyt urodziwym 7c+, same ósemki. Główną jego zaletą miała być północna wystawa, idealna na letnie upały, których na początku nie było, więc trochę tam pomarzliśmy. Jeszcze podczas prac z Łukaszem Dudkiem nad Directa Cornualles, Daniel Jung poprowadził tam stary projekt Victora Fernandeza z 99 roku, wyceniając na 8c i mocno nam rekomendując. Set de paput to bardziej wariant prostujący (dwie wpinki) do pięknej Set de tufa 8b (pociągniętej bodajże przez Andrade w 2010r.). Trudności owego wariantu to czujne dojście do ewidentnego podchwytu, złapanie krawądki i wykonanie masywnego skoku do klamy – nie często się aż takie skoki spotyka w skalach. Naturalnie od razu wkręciłem się w trasę, najpierw prowadząc Set de tufa 8b, omijający prostowanie, a następnie po kilku sesjach dolatując w końcu do klamy na prostowaniu, zrobiłem pierwsze powtórzenie drogi. Następnie uwagę zwróciła Tufalofobia 8b+, która to znowu kończy się razem z Set de Tufa 8b i która sprawiała wrażenie kompletnie nie chodzonej i, przynajmniej początkowo, trudniejszej od 8c. Stylem już bardziej „siuranowa” niż sąsiadka, trasa dała mi strasznie „w kość” i trudno powiedzieć dlaczego, czy mi nie leżała, czy nie mój styl, czy taka trudna (nie wydaję mi się). Z pierwszego balda na płytce startowej spadłem niezliczoną ilość razy, jak już go przeszedłem to na drugim też nie było łatwiej (w dodatku początkowo miałem jakieś „dzikie” patenty), no i również udało mi spaść już po połączeniu z Set de tufa na dosłownie ostatnim przechwycie:). Tak się zawziąłem, że już po wyjeździe Momy, ciągałem tam biedną Ulę i w sumie, gdyby nie jej mantry i oświadczenie że jesteśmy w tej ciemnej dziurze po raz ostatni, trasa musiałaby jeszcze poczekać na powtórzenie:). Reasumując, bardziej cieszy pociągnięcie Tufalofobii, niż Set de paput, aczkolwiek Set de paput jest i ładniejsza i oryginalniejsza.

 

Po uporaniu się z projektami, przygotowaniu naszej miejscówki do pozostania samej przez miesiąc, zapakowaliśmy graty, Ajkę i ruszyliśmy na zasłużony wypoczyn w nieznane, o czym nie omieszkam wspomnieć…mam nadzieję, że niebawem ;) .

 

 

Lista najciekawszych odhaczeń:

SIURANA:

Set de Paput 8c RP

Tufalofobia 8b+ RP

Set de Tufa 8b RP

Buscando a Pepillo 8a RP

 

MONTSANT:

Sindosis 8a OS (piękny wytrzymałościowy wspin, poszło jakoś bez większej walki)

??? 7c OS (nowa droga na L`escletxa)

MARGALEF:

Braguetasso 8a+ RP (os po latach;-))

Supernani 7c+ OS

Corporacio Antiestetica 7c OS

 

RUMENES (same wytrzymałościowe perełki):

Sindrome de Stendhal 7c+ OS

Cinoderella Man 7c/c+ OS

Panico Nucrear 7c OS

El Dia del Arquero 7c OS

Rasputin 7c+ RP (2pr.)

 

CICERA:

Orujo de Liebana 7c RP (2pr., najtrudniejsze 7c wyjazdu i razem z siuranowym Twin Turbo, chyba najtrudniejsze jakie robiłem)

 

POO DE CABRALES:

Hospitalidad Espaniola 7c+ OS

Kalimna 7c OS („rura” prosta jak od linijki)

Betintorro 7c OS

 

TEVERGA:

El Replicante 8b RP (piękny siłowy wspin z dwoma trudnymi baldami, bez kolanek byłoby ciężko)

Manumision 8a+ RP („majstersztyk”, wymagająca i różnorodna, wychodząc z przewisu w połogą płytę prawie „wytrząsłem się” z chwytów)

Materia Gris 7c+ RP (2pr., klasyk Tevergi)

Sabrina 7c+ RP (2 pr., po pierwszej probie pozbierałem ekspresy z przedłużenia, nie mogłem urobić balda, ale mimo to na drugą próbę w razie czego je zabrałem i jakimś cudem nie spadłem)

Forres que te Corres 7c+ RP (2pr.)

Nani 7c OS (hiszpański chiński maharadża, ekwilibrystyka w połogiej płycie, piękna)

Patetic Man 7b+ OS (trudności to wspin w kominie pomiędzy dwiema ogromnymi tufami kompletnie bez chwytów – zapieraczką;), fajne i pouczające).

 

Pozdrawiam

Rafał

 

 

Ps. następnym razem będzie więcej fotek ;)

Posted in Bez kategorii | 3 Comments

Cyferki, cyferki

W marcu wróciłem z pracy w Helsinkach i myśląc, że czasu niewiele przed kolejnym wyjazdem robotniczym do Niemiec, wspinaczkowo starałem się jak najintensywniej podziałać. Biorąc pod uwagę, że Finlandia mocy raczej odjęła niż dodała, sam siebie trochę zaskoczyłem, wpinając się w łańcuch kilku tras.

Tymczasem niespodziewanie termin wyjazdu do pracy przesunął się aż na maj, więc wspinaczkowo, koniec końców, nie było tak tragicznie, finansowo natomiast docisnęło nas do ziemi, zresztą nie po raz pierwszy.

W świecie wspinaczkowym zarówno na światowym, jak i rodzimym podwórku trochę się podziało. Media o większości już informowały, więc zagłębiał się nie będę. Przede wszystkim onsight Estado Critico 9a stal się faktem. Bardziej jednak szokuje, że nie dokonał tego Adam Ondra , wydawało się jedyny pretendent do takiego przejścia, niż to że tego dokonano. Adam już wcześniej w Red River George pokazał, że jest to możliwe i notabene powtórzył Estado Critico w drugiej probie przeceniając na 8c+, jednak potem podobno coś się urwało i wycena wróciła na swoje stare miejsce. Osobiście drogi nie próbowałem, myślę że więcej do powiedzenia ma tu ostatni jej pogromca Lukasz Dudek. Dobrze że wspinanie sportowe nie występuje w zakładach bukmacherskich bo przegrał bym dużo kasy (podejrzewam, ze nie tylko ja) stawiając na Ondre.

Poza tym dla Alexa była to pierwsza 9a więc jest w lepszej sytuacji od Adama, który do wyboru ich tak strasznie dużo już nie ma (na koncie ma 48x 9a !!!). No i ciekawe, czy oznacza to pojawienie się na scenie wspinaczki skalnej nowego kosmity, czy był to jednorazowy wyskok. Aczkolwiek czas pokazuje, że raczej to pierwsze, gdyż zaraz potem Alex Megos w drugiej próbie rozprawia się z słynną La Ramblą, a po powrocie do domu otwiera nowa 9a+.

Na rodzimym podwórku też nie było słabo, mocno zmotywowana krajowa czołówka nie odpuszczała i cisnęła cyfrę. Na czoło wysuwają się 2 przejścia 9a w wykonaniu Łukasza Dudka, onsight 8b+ Piotrka Bunscha i powtórzenie Patinoso 8c+, 2x 8c (8c+???) Marcina Wszołka i 8c+ dla Piotrka Schaba. Lukasz miał tu porachunki sprzed 2 lat i przygotowany do ich wyrównania był wyśmienicie. Lista przejść jest całkiem spora, poza tym ze wspomniane 9a to Estado Critico i Jungle Speed, Luki pociągnął jeszcze Patinoso 8c+ , Directa Cornualles 8c, Chocolate Caliente 8c+ (8c???), Week on the rock 8c, Le Blond 8b+ Flash i 2x 8b OS. Szacun.

Jeśli chodzi o warun to mieliśmy tu cały przedział pór roku począwszy od gorącego lata, a skończywszy na parodniowym załamaniu pogody i opadzie śniegu!!! Jednak jak widać powyżej wspinać się dało i wbrew pozorom nie było tak źle. U mnie z forma okazało się nie być najgorzej, a próby jej polepszania największą ochotę miałem przeprowadzić głównie w Margalefie i Montsant, gdzie drogi są bardziej przystępne i przede wszystkim mam jeszcze tam po czym się wspinać, niż w Siuranie, gdzie sprawa jest bardziej skomplikowana. Akurat w okolicy krążyła ekipa krakowska, więc z partnerem do wspinu nie było problemu. Dzięki temu udało się bardzo przyjemnie powspinać, milo spędzić czas i poczuć choć trochę silniejszym. W Montsant, dokładnie w sektorze L´escletxa, jeszcze w poprzednim sezonie T. Arbones obił nowy projekt i bardzo długo się z nim zmagał. Ostatecznie drogi nie pociągnął, dodatkowo na owym skasował palca, a udało się to mało znanemu w środowisku młodemu Rosjaninowi Saszy (Sasha Gerzha), znanemu z powtórzenia Jungle Speed. Podobno z sit startem droga miała mieć 8c (a nawet 8c+), ale po pierwsze pomysł sit startu to dosyć dziwna sprawa, jak dla mnie bzdura, po drugie wycena drogi to max 8b+. Abstrahując od cyferek powstała bardzo ładna, ciągowa i siłowa Le Blond, ku czci tragicznie zmarłego Patricka Edlangera.

Po pojawieniu się odcisków po charakterystycznych margalefowskich dziurkach, razem z Lukiem (Dudkiem), który akurat z całą rodzinką zamieszkał naprzeciw kościoła w Cornu, przyszedł czas na projekty w Siuranie. I tak znaleźliśmy się w sektorze L´olla, gdzie w lewej części groty, w 2009 lokals Pep Farre obił nowe projekty. Po krótkiej rozmowie z Pepem mogliśmy podziałać na tym trudniejszym. The monster house 8b+ to łatwiejsza wersja do Directa Cornualles 8c, w sensie że 8b+ przed kluczowym odcinkiem ucieka w łatwiejszy (ale nie łatwy:))teren. Podczas gdy The monster house miał już 2 powtórzenia (prawdopodobnie), Directa skutecznie ataki odpierała. Trudno jest już od pierwszego ruchu i w sumie łatwych ruchów nie ma zbyt wiele na całości. Pierwsze co trzeba pokonać to 2 baldy wspólne dla obu dróg (jeden kompletny „krzywus”, drugi przepiękny), które doprowadzają do kluczowego miejsca, po którym jest dobry rest i po którym droga wcale nie odpuszcza aż do samego łańcucha. Nasze próby przypadły po urwaniu się kluczowego chwytu w cruxie i teraz polega on albo na masywnym skoku z oblaków do klamy (dla mnie niewykonalnym), albo na podhaczeniu się pietą niemalże do góry nogami. Smaczku, jak dla mnie, dodawała niemożność wykonania wpinki (ma być przebita) przez co ewentualny lot mógł zamienić się w pikowanie głową w dół, gdyż pieta wydawała się pancerna, a chwyty nie:). Ile strachu się tam najadłem to moje :) . Takim sposobem razem z Łukaszem pociągnęliśmy trasę (pierwsze przejście należy do Łukasza). Wydaje się nam, że nie jest to łatwe 8c (jak skwitował pewien Hiszpan, który próbował drogę: „w Rodellarze miałaby 8c+”), ale ma szanse stać się kolejnym klasykiem sektoru L´olla.

Podsumowując, dywagacji i przemyśleń na temat wycen nie brakowało, szczególnie jeśli chodzi o Siuranę, w której panuje lekki chaos wycenowy. Niektóre drogi zostały nie wiedzieć czemu pozaniżane, a niektóre się ostały i najgorsze to, że brakuje w tym działaniu konsekwencji, np. Ramadan został 8b, a bardziej wymagająca Zona 0 obniżona do 8a+, a tymczasem Terrones de Azucar 8a+, obok Ramadanu, to naprawdę trudny pasaż i mógłby być 8b. Poza tym Chocolate Caliente wydaje się być jednak 8c, jednak nie pasuje mi znowu jak mam porównać ja do sąsiadującej Leche Caliente 8c, które jest znacznie łatwiejsze, ma więcej powtórzeń, a nikt o przecenieniu nie wspominał. Takich przykładów w Siuranie nie brakuje. Może w takim wypadku należałoby wprowadzić łamańce typu 8c/c+, 8b+/c itd. ??? Też trochę „zagmatwana sprawa”, osobiście nie lubię. A już dokonać takich zmian konsekwentnie w całej Siuranie to sporo roboty dla fanatyka i znawcy tematu. Wiec nie wiem czy nie lepiej było nie ruszać tego tematu z ewentualna dopiską soft lub hard.

 

Nasza miejscówka po marcowych błotnych kąpielach zakwitła, zazieleniła i zrobiło się pięknie wiosennie. Jesteśmy w trakcie „wiosennych porządków” i przygotówki domu na lato, więc nie nudzimy się jakoś strasznie:). Letnie słońce naszemu domkowi nie odpuszcza, liny trzeba wymienić, podłogę zabezpieczyć, wodę zorganizować itp. itd..

Charakter miejsca, w którym żyjemy wymusza rozstania z ludźmi, z którymi dopiero co zdążyliśmy się lepiej poznać. No ale cóż, taka specyfika „plemienia” wspinaczkowego, do której trzeba się zaadoptować. Szczególnie odczuwamy to przed zbliżającym się latem, gdy okolica powoli pustoszeje, by odrodzić się dopiero we wrześniu. Nasz plan na lato to przede wszystkim powłóczyć się trochę po części Europy bardziej przyjaznej w lecie niż Cornu, odwiedzić znajomych, wyszaleć się na festiwalu muzycznym, odwiedzić Polskę i powspinać się w innym niż okolice Cornu terenie.

W okresie świątecznym odwiedziło nas sporo znajomych. Było bardzo miło, wszystkich pozdrawiamy i zapraszamy „zaś”:))) Zdajemy sobie sprawę, że charakter naszego campu niekoniecznie zaspokoi wymagania każdego. Większość gości rozumie z czego to wynika, a nas motywuje żeby dalej rozwijać miejsce, jednak finanse wszystko zawsze wypośrodkowują, niestety. Mimo to jesteśmy dobrej myśli i powoli bo powoli:) ale działamy.

 

A z ciekawostek mamy nowego członka rodziny o imieniu Sasza, jest niespełna miesięcznym, małym kotkiem, na fotkach widać jaki piękny.

 

Tym razem wrzucam trochę więcej zdjęć, które może lepiej zobrazują ostatnie 2 miesiące.

Foty autorstwa Maćka Dziedzica, Piotrka Bunscha, Marcina Wszołka i Ali Bykowskiej, Pszczoły i prywatnego archiwum.

 

Na koniec zdobyte cyferki:

 

Directa Cornualles 8c RP (2 powt.);

The Monster House 8b+ RP;

Flash Over 8b+ RP;

Le Blond 8b+ RP;

Batuka 8b RP (2 próba);

Pati Pa Mi 8b RP (3 próba);

Viote, My Friend 7c+ OS;

Ladrones De Cojones 7c+ OS;

 

Pozdrawiam

Rafał

 

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

…tym razem mleko

Czas w Hiszpanii biegnie jakby wolniej, ci co zaglądają tu regularnie (a są tacy) widzą to m.in. po odstępach czasowych moich wpisów, przy czym mi się wydaje, że niedawno coś przecież pisałem, a tu pyk i się okazuje, że minęły 2 miesiące. Osobiście odczułem owe „spowolnienie” czasu, gdy znaleźliśmy się z powrotem w Cornu po intensywnej wizycie w Polsce. Znowu wszystko się uspokoiło i czas przestał gonić kolejne spotkania czy sprawy do załatwienia. Mimo tego, że w Cornu na brak zajęć nie narzekamy, mamy tu prawdziwy chill out…a my lubimy chill out ;) .

Dla mnie sielanka nie trwała zbyt długo, bo po 10 dniach, znowu musiałem spakować manatki. Tym razem do pracy (co ostatnio za często mi się nie zdarza) i tym razem samolotem, bo aż do helsinek. Właśnie siedzę na lotnisku, czekam piątą godzinę na opóźniony lot i próbuję przypomnieć sobie co ciekawego się wydarzyło.

Jeśli chodzi o sytuacje poza wspinaczkowe to przede wszystkim nagle zdecydowaliśmy, mimo nie najlepszej kondycji finansowej, że całą rodzinką plus pies jedziemy do Polski na, plus minus, święta.

Polskę zastaliśmy szarą, bez śniegu, zamgloną i wilgotną, jednym słowem „szpetnie”. Jednak wcale tak „szpetnie” nie było. Odwiedzić rodzime miejsce, spotkać się ze znajomymi w ulubionym barze na Ligocie;), przywitać nowy rok w przeuroczych Beskidach w doborowym towarzystwie, znajomi w Wawie, kilka treningów na Trafo i warszawskim Crux-ie, jednym słowem nie nudziliśmy się;). Harmonogram spraw i odwiedzin bardzo napięty i było na tyle sympatycznie, że „szpetna” aura za oknem nie zepsuła wizyty. No i jak na złość, jak przyszło się zbierać z powrotem, wróciła zima, więc powrót, z punktu widzenia kierowcy, do najprzyjemniejszych nie należał. Rodzinka jednak zaprawiona w boju i ciężki warun jej nie straszny;)…

Po powrocie do Cornu okazało się, że lecę do Helsinek, więc trzeba było zagęścić ruchy. Poza ogarnięciem miejscówki (drzewo, woda etc.) w głowie kołotał się, rozgrzebany tuż przed wyjazdem do Polski projekcik na Grau de Massets. I tu należą się przede wszystkim podziękowania i szacun dla stałego mieszkańca naszego pola – Pszczoły, który bezinteresownie pomógł przy ogarze miejscówki i dzięki któremu udało się wyrwać 4 dni na wspin. Projekcik to sąsiadka Gorącej Czekolady, równie ładna i bulderowa, Leche Caliente. Trasa charakterem bardziej zbliżona do typowego wspinu w Siuranie, biegnie na prawo od „czekolady” przez charakterystyczny okapik i jest znacznie łatwiejsza od sąsiadki. Całość to kolo 18 ruchów, mega fajny patent z piętą do przejścia okapiku, a potem małe chwyty, precyzyjne przestrzały, słabe stopnie itd., to co dla Siurany charakterystyczne. Cyferka 8c wydała się nie taka straszna i raczej z tych soft. Poszło gładko, obyło się bez większych epopei. Przed wyjazdem 2 wypady poświeciłem na rozkminienie trasy, a po powrocie w drugi dzień wpiąłem się do łańcucha. Kilka razy poleciałem na kluczowym dla mnie ruchu do pomocniczego małego fakerka i przestrzale dalej, raz mijając wpinkę wpadłem na drzewo (a dokładniej pomiędzy drzewo), jednak pokonane niedawno Renegoide 8b+ kosztowało więcej i czasu, i nerwów. A może te kilka dni na ścianie, plus rest od wspinu dorzuciły +1 do mocy?;)…trudno powiedzieć…w każdym bądź razie nikt z wcześniejszych powtarzaczy, a było ich kilku, nic o wycenie nie wspominał (ostatnio spotkałem tam znanego dla krakowskiego środowiska wspinaczkowego Francuza), więc może jest moc. Reasumując, przejście wiadomo, że cieszy, a ja z czystym sumieniem mogę lecieć do pracy, szkoda tylko jak zwykle mozolnie wypracowanej formy…eh życie…

 

Tym akcentem zakończyłem swoje zimowe wspinanie, marzec to już całkiem inna, kolejna historia.

Od planów i celów aż roi się w mojej głowie, więc jeśli tylko będzie moc i motywacja…

…no i kaska :( …niestety.

 

Pozdrawiam i życzę wszystkim na ten rok fest mocnych przejść ;)

 

Rafał

 

PS. Jeśli chodzi o nasza miejscówkę/pole namiotowe, działa i ma się dobrze, o ewentualnych odwiedzinach najlepiej informować mailowo (poczta lub Facebook). Wrzucam kilka poglądowych fotek z miejscówki, z Leche Caliente niestety nie mam, natomiast dorzucam nowe foty Lesera z Renegoide, plus wynik pierwszych zabaw z filmowaniem/montowaniem.

 

Wiosna tuz tuz, więc gorąco zapraszamy w odwiedziny;).

http://youtu.be/JTU4ycddUhU

 

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Jesienne ostatki

Jest kolejny wpis, lenistwo i brak weny nie pomagały w owym przedsięwzięciu. Trochę czasu upłynęło od ostatniego razu. Po lecie niewiele pozostało, poza wspomnieniami, a jesienno-zimowy sezon wciąż jeszcze trwa. Pole namiotowe powolutku się rozkręca, przynajmniej tak nam się wydaje. A czy ma to sens powinna pokazać wiosna. Z warunem jest różnie, pora deszczowa, wygląda na to, że razem z końcem listopada się zakończyła, temperatura maksymalna 8-10 stopni, jeśli z grzejącym słoneczkiem jest idealnie. Mieliśmy tu kilkudniowe ochłodzenie, w nocy nawet do -5 st., woda zamarznięta, w miejscach zacienionych szron nawet do południa leżał. Wspinanie nie należało do tych najprzyjemniejszych, lecz niewiarygodne tarcie trochę to rekompensowało. Jako ze jestem typem spod znaku ¨0% tłuszczu¨ marzłem i rozgrzewka bywała bolesna, aczkolwiek możliwa i jeśli się udała, trzeba było bezzwłocznie uderzać na projekty. Aktualnie cieplej, tyle że dla odmiany wieje wiatr 40 km/h. Tak źle i tak niedobrze, choć, jak wiadomo, lepiej chłodniej, niż wietrzniej. Jednym słowem pogoda w kratkę, ale wspinaczka możliwa, na prace nad trudnymi projektami powiedziałbym „perfekto”.

Po pociągnięciu gorącej czekolady, jak zwykle, zacząłem się trochę miotać, zwiedzać, szukać i odkrywać;). Brakowało konkretnego i będącego w zasięgu celu. Przyznaję że trochę lubię ten stan, nic nie obciąża głowy, odkrywa się nowe miejscówki, wspina po nowych drogach, często bardzo ładnych bo klasykach i przepuszcza kolejne dni między palcami. Takie beztroskie i beznapinkowe wspinanie;). Tak trafiliśmy do mniej popularnych, czy też stosunkowo nowych sektorów Siurany, jak Reserva India czy Salt la Reina Mora (idealny sektor na zimę, cały dzień w słońcu), do sektoru El Dard i L´obaga del Falco w Arboli i na baldy w El Cogul (piaskowiec).

Od października zaczęli pojawiać się goście, na naszym polu zamieszkał bezterminowo  Pszczoła i razem krążyliśmy po okolicy, a to uciekając przed deszczem, a to przed wiatrem, a to poszukując słońca. Dzięki temu poznaliśmy kilka nowych godnych uwagi miejsc/sektorów. Poza tym do rozpoznania nowych miejsc skusiły również fotki w niedawno wydanym przewodniku po okolicach Tarragony, o czym już wspominano na portalu (Tarragona Climbs; Pete O´Donovan, Dani Andrada).

A propos przewodnika, niewątpliwa zaleta to jakość zamieszczonych zdjęć (zresztą podobnie jak ma to miejsce w poprzednim „Lleida Climbs”), ułatwiająca odnalezienie się w wielu sektorach. Poza tym, patrząc z ekonomicznego punktu widzenia, do odwiedzenia kilku rejonów nie trzeba kupować kilku przewodników, starcza jeden, delikatnie „odchudzony”. Zebranie w jednym topo takich gigantów jak SiuranaMargalef czy Montsant  wymusiło przeprowadzenie selekcji sektorów, więc nie jest to kompletny przewodnik po zawartych rejonach (np. nie wiem czemu, w przypadku Margalef, została pominięta Cova Soleiada), aczkolwiek na pewno pozycja warta zakupu. Poza znanymi miejscami, opisano kilka, jak dla mnie, nowych rejonów. Przy obecnej szybkości otwierania nowych dróg/projektów już teraz przewodnik wymaga kilku aktualizacji. Co do Siurany zamieszanie z wycenami dróg, moim zdaniem, nie rozwiązało się. Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem jest przewodnik (do wglądu) znajdujący się w piekarni Aimar lub sklepie wspinaczkowym Goma (przeniesionym niedaleko stacji benzynowej w Cornu) oraz portal 8a.nu.

Jednym z mniej znanych mi miejsc opisanych w przewodniku są skały okolic miasteczka Pradtip, znajdujące się w masywie Serra de Llaberia, do których zresztą zalicza się znane polskim wspinaczom Masriudoms . Są to położone trochę głębiej w ląd i wyżej, w porównaniu do Masriudoms, mury skalne. Pisze mury skalne, gdyż możliwości otwarcia nowych, nawet całych sektorów wyglądały imponująco, a aktualnie ciekawy wg mnie jest L´Escletxa de Cal Carboner. Odnalezienie sektorów nie jest najłatwiejsze, mimo tego że mieliśmy przewodnik krążyliśmy po okolicy około 2 godziny, zanim znaleźliśmy się pod drogami. Poza tym było zimno i niestety mokro, więc delikatnie tylko liznęliśmy wspinania i z postanowieniem powrotu wróciliśmy grzać się przy piecu.

Poza tym w końcu udało się odwiedzić inne, poza Raco de Misa, sektory Montsant. Dawno już chciałem się wybrać do położonych nad wioską Escaladei  sektorów L´escletxa i Enderrocada, jednak zawsze kończyło się jak zwykle, czyli na Raco de Misa. Na Raco wyczyściłem niemalże wszystko, z ciekawych tras pozostał tylko L´Antagonista (projekt Toniego Arbonesa, o którym wspominałem przy okazji wpisu a propos Element Oxigen, na początku jesieni został pociągnięty przez autora i zaproponowana cyferka 8c), który raz zamoczony, nie chciał przeschnąć. Antagonista nie zając, a Raco na czas nieokreślony trzeba było odpuścić. I w ten sposób trafiliśmy do sektoru L´escletxa. Nie tak imponujaca jak Raco w sensie ilości i długości dróg, mimo to super miejscówka. Wspin w przewieszeniu, pomarańczowy zlepieniec, z wyjątkami raczej lito, zakres dróg 7c+ – 8a+ (w sumie jest ich 16). Dróg łatwiejszych tylko kilka, trudniejszych, przede wszystkim, projekt Arbonesa, niedawno poprowadzony przez Rosjanina Sasze (który notabene powtórzył również Jungle Speed 9a w Siuranie) i oscylujący w okolicy stopnia 8c+. Duża zaleta miejsca to możliwość wspinu w/po długotrwałych opadach, gdyż przewieszenie dodatkowo przykryte jest okapem oraz krótkie podejście. Sektor Enderrocada opiszę następnym razem, gdyż wyprawa na owy zakończyła się odwrotem w strugach deszczu. Zalegająca mgła nie pozwoliła nam wtedy nawet zobaczyć skał;)…ale jeszcze tam wrócimy.

Po odwrocie z Montsant  nastąpiła zmiana pogody, przestało padać i mocno się ochłodziło. Na taką pogodę Can Piqui Pugui z dużą ilością trudnych, bardzo palczastych i technicznych dróg to idealne miejsce, przede wszystkim crimpy  trzymają, da się ustać na niczym i nie trzeba co chwile magnezjować. Tym razem padło na klasyk lat 90-tych pana C.Brasco, Renegoide 8b+. Droga „majstersztyk”, zainteresowała mnie ze względu na 2 konkretne runouty. Jak pierwszy jeszcze nie był taki straszny, tak drugi (około 8m pionu za 7a) zmusił do zlustrowania terenu z drogi sąsiedniej. Lęki, chyba jeszcze powypadkowe, były silniejsze ode mnie. Zresztą wielu światowej sławy wspinaczy zaliczyło sobie drogę zjeżdżając w połowie ściany, przed wspomnianym runoutem (może dlatego, że następna wpinka nie jest widoczna), moim zdaniem psując sobie niezłą zabawę. Po kilku dniach, trasę udało się pociągnąć do samego wierzchołka, a każda wstawka była czystą przyjemnością;).

Wrzuciłem kilka zdjęć Lesera (za które wielkie dzięki)z drogi, kilka fot z El Cogul, Pradtip, L´escletxa i naszej miejscówki.

Co do naszego pola to oczywiście jest i oczywiście gorąco zapraszamy;). Opcja mieszkalna to namiot lub kamper (max 2os, kuchenka, łózko, możliwość zasilania i ogrzania), dobrze mieć samochód (dużo więcej możliwości wspinaczkowych), poza tym istnieje możliwość poznania lub doskonalenia Jogi pod okiem instruktorki, udoskonalenia swojego wspinania i poznania okolicy pod moim okiem;), zorganizowania  posiłków wege, jak również zorganizowania transportu z i na lotnisko. Jesteśmy otwarci na wszelkie pomysły, czy propozycje.

Pozdrawiam

Na koniec lista ciekawszych, odhaczonych dróg:

Renegoide 8b+ RP (majstersztyk),

Minimal Tecno 8a OS (jak dla mnie cukierek sektoru Salt la Reina Mora w Siuranie, podobnie jak Cycle 8a na Can Rebotat, 35 metrów wytrzymałościowego wspinu, w większości w zacięciu, przejście zajęło mi godzinę;),

Gravity Glob 7c+/8a OS (łatwa cyfra w Margalefie ;) , max 7c+),

Artisans 7c+ OS (Margalef),

Rutina 7c+ OS (L´escletxa, ciekawsza od sąsiadki Il Duomo 7c+, na której na os-ie dałem ciała),

Avatar 7c OS (kolejna piękność sektora Reina Mora, czym wyżej tym bardziej lito i coraz piękniej),

Scala-dei 7c OS (Raco de Misa, 65 metrowa wycieczka, miodzio),

Akiri Bomboro 7c OS (Raco de Misa, również maratonik, tym razem 50 metrowy, wydawała się trudniejsza od Scala-dei),

Marginao 7c OS (Arboli, piękny klasyk El Dard, niby rysa, ale z rysą niewiele ma wspólnego),

Excalibur 7c OS (Arboli, połoga płyta na El Falco),

Regne Taifa 7c OS (nie łatwa 35 metrowa, połogo-płytowo-piciokowo-wysięgowa wspinaczka na Reina Mora, dodatkowo ubezpieczona dość lotniczo),

Tanoka 7c OS (Siurana, ostatki na Can Piqui Pugui, nic specjalnego;)).

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Gorąca czekolada

Lato w Hiszpie, w miesiącu sierpniu, pokazało pazury i dało trochę popalić. Uśpiło to moje zapędy wspinaczkowe, więc na ten czas trochę odpuściłem, szczególnie, że z motywacją również nie było najlepiej. Praca odcisnęła swoje piętno na formie, skwar dorzucił 3 grosze i po prostu ciężko mi się było z tym wszystkim zebrać. Zresztą nasz ogródek również ledwo zipał i dał radę przetrwać sierpniowe upały. Niewiele chłodniej temperaturowo, znacznie cieplej towarzysko, było w Rodellarze, który w sierpniu odwiedziłem opuszczając opustoszałe Cornu. Jak co roku sporo naszych się zjechało, w Kalandrace zabawiało i dobrych przejść nie brakowało;). Krotki pobyt uświadomił wytrzymałościowe braki, kilka dróg spuściło porządne lanie, kilka pozwoliło dojść do łańcucha, ale przede wszystkim dało impuls do ogarnięcia się. Po powrocie do Cornu rozpocząłem owe ogarnianie się i przygotowania naszej miejscówki do okresu jesienno-zimowego. Małe pole namiotowe, które stworzyliśmy wymagało trochę pracy. Poczynając od koszenia traw, pojawiła się „kuchnia polowa” i kibelek; prysznic w trakcie. W związku z brakiem wody bieżącej zakupiony został 1000 litrowy kanister, który powinien rozwiązać sprawę. Mamy nadzieję, ze powstanie przyjemne, alternatywne miejsce do spędzania wolnego czasu, restowania, ćwiczenia jogi itp. dla naszych gości. W przyszłości planowo ma pojawić się kolejna jurta, a aktualna nasza inicjatywa ma na celu sprawdzenie czy idea ma sens i będzie funkcjonowała. Klimat miejsca tworzą ludzie, a my jesteśmy otwarci na wszelkie pomysły i chętni współpracy. Więc jeśli masz jakiś pomysł, idee, plan czy tez po prostu chcesz się powspinać w okolicy napisz do nas:)

 

Poza tym na jurcie pojawił się kolejny mieszkaniec, niespełna miesięczny kotek Ajo (z hiszp. czosnek). Czosnek szybko został zaakceptowany przez Ajkę i Findusa, dla którego okazał się świetnym ziomalem do zabawy. Ajka, akurat z urojoną ciążą, do tego stopnia zaakceptowała, że kilka razy karmiła młodego mlekiem. Jak dla mnie niewiarygodny widok.

 

Aktualnie temperatura spadła, w Siuranie zrobił się warun idealny i cala okolica powoli wraca do życia. Ogródek i ja również;)…W poszukiwaniu utraconego wyczyściłem sektory z dotąd nie ruszanych, a interesująco wyglądających dróg i tym sposobem padło kilka tras z przedziału 7b+/8a+. Następnie ponownie postanowiłem przyjrzeć się z bliższa linii Chocolate Caliente 8c+ i, ku mojemu zdziwieniu, odnalezieniu kilku rewolucyjnych patentów, stwierdziłem, że jest szansa na pociągnięcie całości. Droga znajduje się w sektorze Grau de Masets, liczy około 15 metrów, pierwsze przejście należy do często odwiedzającego Siuranę Daniela Junga i jak łatwo się domyśleć ma mocno balderowy charakter. Główne trudności to około 15 ruchowa sekwencja po malusieńkich krawądkach i słabych stopniach. Najtrudniejszy ruch to długie, trikowe i precyzyjne sięgnięcie z odciągowego oblaka do dobrego fakera. Międzyczasie trzeba 3 razy się zatrzymać i zrobić wpinki. Po kluczowej sekwencji droga lekko odpuszcza, ale spaść jeszcze można, teren do samego łańcucha to, wg mnie, około 7c+, przy czym niżsi bardziej 8a. Piękna trasa w pomarańczowym wapieniu od razu mnie zauroczyła i poczułem wkrętkę, której ostatnio mi brakowało. Pierwsze spotkanie z drogą miałem jeszcze w czerwcu, podczas odwiedzin Jędrka i Marcina (pozdrawiam:)), jednak wtedy temperatura i brak odpowiednio twardych butów mocno utrudniały utrzymanie chwytów i ustanie na mikro stopniach. Niższa temperatura i nowe Evolvy dały ponownie możliwość sprawdzenia się na trasie. W końcu poczułem, że stoję;)

Co do wyceny, porównując do innych próbowanych, balderowych linii w Siuranie, wydaje się odpowiednia i z tego co widziałem na 8a.nu powtarzający drogę Ramonet i Pirmin Bertle podobnie ją odczuli. Dotychczasowe pociągnięte trasy tak trudnych (i tylu pod rząd) przechwytów nie posiadały, ale również były o innym, bardziej „wydymkowym” charakterze. Długie ruchy w kluczowej sekwencji dla niższych zawodników wymagają innych patentów, ale trudności wydają się podobne.

Do ostatecznego wpięcia się w łańcuch zjazdowy potrzebowałem 8 dni wspinaczkowych, rozłożonych na 2,5 tygodnia, przede wszystkim ze względu na problemy ze skórą. Trasa wymagała precyzyjnej pracy całego ciała, jakikolwiek błąd nie pozostawiał cienia szansy na przejście. Jednak z kolejnym dniem przedzierałem się przechwyt/dwa wyżej. Najtrudniejsza trzecia wpinka, masakrowała skórę i odbierała za dużo siły, a pominięcie jej ze względu na bliskość gleby mocno stresowało (przy kontrolnym, próbnym locie zatrzymałem się 2 metry od ziemi). Na szczęście mała kosmetyka patentów i wpinka okazała się jednak możliwa. Najtrudniejszy ruch do fakera tylko dzięki delikatnemu podhaczeniu prawej stopy byłem w stanie wykonać, kolejną wpinkę pomijałem, gdyż daleki ruch z fakera do obłej dziury, z miejsca wydawał się łatwy, w ciągu również zrzucił kilka razy, więc czasy postoju na chwytach trzeba było skracać do minimum. Reka z braku magnezji po prostu z dziury wyjeżdżała, też pojawienie się chłodniejszych dni było kluczem do sukcesu. Przejście mocno podbudowało morale, trasa przepiękna, a kolejne próby ani przez moment nie zniechęcały, wręcz były świetną, pouczającą zabawą. Na zakończenie historii wielkie dzięki dla Roberta i Uli za asekurację, foty, wsparcie i wspólny wspin, a dla Evolva za nowe buty;).

Dzień później, w niedalekiej okolicy odbyła się plenerowa imprezka z muzyką elektroniczną organizowana przez lokalną ekipę, idealny pretekst do oblania przejścia i wybawienia się do bólu, co też z przyjemnością uczyniliśmy;)…Jednak coś w Cornu poza wspinaniem się dzieje…

 

Pozdrawiam

Posted in Bez kategorii | 2 Comments

Euskadi

Chwilowa przerwa musiała nastąpić w moim blogowaniu. Nie było po prostu czasu spokojnie usiąść i zebrać wszystko do kupy. Pobyt w Bawarii trochę się przedłużył. Podobno bezrobocie w Hiszpanii wśród ludzi młodych sięga 46%!!!, więc to przedłużenie roboty nie takie złe w ostatecznym rozrachunku wyszło. Pomijając to, że super było pracować z dobrze znaną brygadą ;) . Dodatkowo wyskoczyła niespodziewana wizyta w Katowicach. Niespodziewana, gdyż nie zauważyłem odpowiednio wcześnie, że kończy się przegląd;). Ale nie ma tego złego… Bardzo miło było spotkać znajomych i odwiedzić stare śmieci. Spraw do załatwienia nazbierało się trochę, więc wizyta była baaaardzo intensywna.

Zaraz po powrocie do Cornu wybraliśmy się na wypoczynkowo-poznawczy wypad do kraju Basków. Patrząc z aktualnej perspektywy, do pogodowo przyjaźniejszej człowiekowi okolicy, gdyż teraz w Cornu, w ciągu dnia, nie wychodzi się z cienia. Prawdziwa piekarnia. Jednak wszystko ma swoje plusy i minusy. Wspinanie niemożliwe, ale ogródek za to wydaje się zadowolony. Jako ze chwilowo sam na gospodarce siedzę, nie mam możliwości przejedzenia wszystkich zbiorów, przede wszystkim osaczony zostałem przez pomidory. Poza tym kontynuuje niekończącą się akcje woda. Także żeby się jeszcze wspiąć muszę zagęszczać ruchy, co w tym klimacie nie jest łatwe.

 

Jeśli chodzi o kraj Basków, bardzo nam się podobało. Ludzie otwarci, pogoda na wspin idealna, a okolica krajobrazowo jak w naszych Beskidach, tyle że z dostępem do oceanu;). Mega zielono, bujniejsza roślinność, chłodniej, przez 2 dni mieliśmy nawet opady deszczu, całkiem inna Hiszpania. W planie było możliwie najkrócej siedzieć w jednym miejscu, odwiedzić te najbardziej znane miejsca wspinaczkowe i zobaczyć również kraj od strony turysty nie-wspinacza. I międzyczasie trochę odpocząć (czyt. wyspać się) po ¨arbaicie¨. Na to wszystko mieliśmy 10 dni, więc czasu nie było zbyt wiele, wszystko delikatnie tylko dotknęliśmy, o głębszej ¨wczujce¨ nie było mowy. Z miejsc nie-wspinaczkowych przede wszystkim udało się zobaczyć Pamplone, San Sebastian, Bilbao i na koniec wskoczyć do gorących źródeł Arnedillo (polecam). Jeśli chodzi o zwiedzanie miast – dla nas wystarczająca dawka. Razem z Ulą nie należymy do osób interesujących się stroną historyczno-zabytkową miast, że tak pozwolę sobie to nazwać;). Bardziej interesuje nas klimat i panująca atmosfera, też docieraliśmy do miast pod wieczór, gdy robiło się chłodniej i zaczynało życie na starym mieście. Pod tym względem San Sebastian i Bilbao dają radę, jednocześnie będąc całkowicie różnymi miastami. San Sebastian, ze względu na położenie nad oceanem jest bardziej przestrzenny, turystyczny i przepiękny. Bilbao dużo większe, bardziej industrialne, ciasne, przybrudzone, bardziej różnorodne etnicznie, jednak dzięki urokliwemu Casco Viejo (stara część miasta) również może się podobać. Pamplona natomiast, wg mnie podobna do Reus, nie zauroczyła. Dodatkowo przypadkiem trafiliśmy na trwające około tygodnia coroczne święto San Fermin, którego to głównym punktem programu jest gonitwa byków. Dla nas masakra i żadne kulturowo-obyczajowe argumenty nie przekonują za ta rzezią, stąd też bardzo szybko ewakuowaliśmy się stamtąd. Nigdy bym nie pomyślał, że aż tyle ludzi (setki na ulicach, niektóre całkiem zablokowane) bawi coś takiego. Zgroza. Pod tym względem Katalonia, zakazując gonitw byków, ma w naszych oczach respekt.

Pomiędzy nocnym szwendaniem się po wspomnianych miastach zawitaliśmy w te najsławniejsze wspinaczkowo punkty na mapie kraju Basków, czyli Baltzola, Etxauri i Vilanova de Valdegovia. Każdy o nieco innym charakterze i nieco innych okolicznościach przyrody.

 

Etxauri położony niedaleko Pamplony-Iruny (około 15km) poszedł na pierwszy ogień. Krajobrazowo jakbym był na Podzamczu, tyle że skała całkiem inna i wioski architektonicznie bardziej jednolite, w porównaniu do rodzimych. Etxauri to wapienny mur podzielony na 28! sektorów z drogami (około 500) od tych najłatwiejszych do extremów (głównie w sektorze Kale Borroka) z Begi Puntuan 9a na czele. Jak na jeden dzień wspinania trudno zdecydować, gdzie iść. Wspin to krawądy, krawądki, krawądeczki, z czasem występującą się tufą i niestety czasem siką. Wszystko to w lekkim przewisie (czy tez pionie), pełnym słońcu (mimo ciepłego dnia dało się wspinać, chłodniejszy klimat) i przy stałej obserwacji najstarszych mieszkańców okolicy z rodziny ¨orlowatych¨. Bywały tak blisko, że zastanawiałem się czy przypadkiem nie szykują się na naszą Ajeczkę. Rejon, w moim jednodniowym odczuciu, nie należy do tych z łatwą cyfra. Wytrzymałość, dynamika i technika wydawały się często ważniejsze od zapasu siły.

 

Informacje praktyczne:

Dojazd: kierunek Pamplona – Ororbia – Arazuri – Ibero – Etxauri.

Spanie: Przydatny samochód, wówczas można stacjonować na jednym z trzech parkingów (niestety przy drodze) niedaleko rejonu (15-30 min. w skały). Kampowanie w skalach całkowicie zabronione. Poza tym istnieją campingi: Estella-Lizarra, el Molino de Mendigorria i el Ezkaba de Pamplona.

Woda etc.: wioska Etxauri (ok. 5km od rejonu). Poza kranikiem z wodą, w wiosce jest apteka, bar (podobno z dostępnym przewodnikiem) i basen.

Zakupy: market w Ororbi lub hipermarket w Pamplonie.

Topo: osobiście korzystałem z informacji i topo (opisane tylko 4 sektory) zamieszczonych w Escalar nr 54. Istnieją 2 przewodniki: Euskalarria (Los 4 Gatos) i Eskalada de Navarra (Carlos Velazquez), poza Etxauri opisujące inne rejony Navarry.

 

Kolejnym rejonem była Valdegovia, czy tez Vilanova de Valdegovia (najbliższa wioska).

Po dotarciu do Valdegovia pierwsze co, nie zniechęcać się, skały znajdują się w niedaleko położonej (20 minutowy spacer) dolince Barranco del Corral, jakby na plecach wioski, z której kompletnie ich nie widać. Piszę o tym, gdyż okolica sprawia wrażenie, jakbyśmy trafili nie tam gdzie chcemy. Odkrycie rejonu to lata 2003/2004, czyli nie tak dawno temu. Jak po dotarciu do wioski nie dziwiło mnie to wcale, tak po dotarciu do sektoru Campa (najbardziej znany) zastanawiałem się jak to możliwe, że tych skał wcześniej nikt nie widział. Valdegovie (około 230 dróg) można podzielić na 2 części, ze względu na dojście i ze względu na charakter wspinu.

Pierwsza część (pewnie jako pierwsza odkryta) to pięknie położony (polana rodem z alpejskich dolinek) wapienny mur skalny (25-30m wysokości) podzielony na 2 sektory San Martin i Campa. Idealny na rodzinne wypady. Wspin to dziury, dziurki, dziureczki w lekkim przewieszeniu, po trasach o charakterze ciągowym. Niestety sikowane chwyty to chleb powszedni i może dlatego koncepcyjnie wspinanie wydawało się proste pod tym względem. Wymienione sektory to przede wszystkim trasy o trudnościach z zakresu 7c-8b+ (plus kilka łatwiejszych i kilka trudniejszych jak Psicoterapia 9a). Przedłużenie muru to sektor o wiele mówiącej nazwie Techo, a zagłębiając się w las znajdziemy jeszcze 4 sektory z większym nagromadzeniem łatwiejszych dróg.

Dojście: Droga z wioski znajduje się przy źródełku (kraniku) wody i doprowadza pod same skały.

Dodatkowym problemem dla posiadaczy psów są pasące się na łace krowy. Nasza Ajka, poza zainteresowaniem co to takiego, nie wykazywała skłonności agresywnych, aczkolwiek rożnie to bywa i należy brać na to poprawkę, czytaj smycz.

Druga część to przede wszystkim sektor Corral i Chorreras. Różnica polega na odmiennym charakterze wspinania, jak sama nazwa wskazuje, mamy do dyspozycji różnorodne formy naciekowe. Wspin po ¨rurach¨ to około 40 dróg przede wszystkim siódemkowych, choć znajdą się te łatwiejsze typu 6b, i te trudniejsze do 8b.

Dojście: Ta sama droga z wioski, tyle że wcześniej (już za wioską) skręcić w prawo, przez bramę (która jest zamykana kolo 21) i po 10 minutach jesteśmy pod sektorami.

Sektory w Valdegovia o różnym położeniu oferują wspin o każdej porze roku (poza zimą). W zależności od tego czy chcemy w cieniu, czy słońcu wybieramy się w odpowiednie sektory. Wspinałem się w sektorze Campa, który jest w cieniu od południa, i jak dla mnie warun był idealny.

 

Informacje praktyczne:

Dojazd: kierunek Vittoria Gasteiz – Nanclares de la Oca – Salinas de Anana – Espejo – Vilanova de Valdegovia. Natomiast z Bilbao jedziemy droga N-625 kierunek Orduna do zjazdu na Valdegovie.

Spanie: mimo możliwości, istnieje całkowity zakaz wjazdu/parkowania i kampowania przy drodze w skały i okolicy. W związku z tym, ze rejon jest bardzo młody, znajduje się na terenie Parku Natural de Valderejo, gospodarze proszą o pełne respektowanie tej zasady!!!. Możliwość spania to parking i polana na końcu wioski za szkołą (jeśli w samochodzie) lub camping Angosto, niedaleko wioski.

Woda: źródełko w wiosce.

Zakupy: w wiosce nie ma żadnego sklepiku, najbliższy jest w Espejo (zaopatrzenie pozostawia wiele do życzenia). Większe zakupy to wyprawa do Vittorii (40km).

Topo: Escalar nr 81, poza tym wersja pdf przewodnika, do ściągnięcia ze strony Federacion Alavesa de Montana.

 

Ostatnim wspinaczkowym akcentem naszej wycieczki była jaskinia Baltzola, której chyba nikomu, kto choć trochę interesuje się wspinaniem sportowym, przedstawiać nie trzeba. Porównując np. do ogromnej Santa Linya, Baltzola ma niżej zawieszony strop i przez to więcej tu wspinu w dachu, niż ma to miejsce w Santa i wydaje się być trochę mniejsza. Przy czym mniejsza nie oznacza mała, najdłuższe linie dochodzą do 45m, a 25-30 metrowych jest całkiem spora lista. Położenie sprawia, że z zewnątrz wydaje się malutką grotką, dopiero po wejściu okazuje swe oblicze;)…Jeśli chodzi o cyferki, to jak dla mnie, ¨lajtu ni ma¨. Dawno już nie stoczyłem takich bojów na drogach 8a+ i dawno takie drogi mnie tak nie ¨mieliły¨, mega siłowo i bezkompromisowo. Ale podobało się i to z dnia na dzień coraz bardziej:). Mimo tego, że przez 2 dni mieliśmy słabą pogodę z częstymi opadami, w jaskini panowała lekka wilgoć, dało się wspinać i nie specjalnie jakoś owe mankamenty pogodowe przeszkadzały. W przypadku upałów w grocie stale panuje przyjemny chłodek. Wydaje się idealna na lato. Dróg jest kolo 50, ale żeby się przyjemnie poruszać po ładnych trasach najlepiej przybyć tu z mocą co najmniej na 8a.

Jeśli chodzi o socjal (Baltzola znajduje się na terenie parku Gorbeia Central Park) opcje są dwie, obie raczej nie obejdą się bez auta. Wypróbowaliśmy jedną, o drugiej tylko słyszeliśmy, że jest. Zatrzymaliśmy się tuż przy mikro wioseczce Baltzola, na końcu asfaltowej drogi przy kapliczce i źródełku. Stąd na wspin około 15min spacerkiem w uroczych okolicznościach przyrody.

 

Informacje praktyczne:

Dojazd: Grota znajduje się 32km od Bilbao. Wyjazd z Bilbao w kierunku San Sebastian, aby dostać się na drogę N240 (kierunek Vittoria-Gasteiz). W Igorre pojawiają się znaki na Baltzole.

Zakupy: jeździliśmy w okolice Bilbao.

Topo: jedyne jakie widziałem to wersja internetowa.

 

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o gorące źródła w Arnedillo (La Rioja), celem przygotowania się do temperatury panującej w Cornu.I to by było na tyle, wrócili zadowoleni:)…

Osobiście do kraju Basków na pewno jeszcze nieraz się wybiorę, szczególnie ze rejonów wspinaczkowych, poza tymi trzema, jest jeszcze kilka do obskoczenia.

 

Poza tym, otrzymałem wsparcie Evolv/ProRock. Bardzo cieszę się z nawiązanej współpracy i wstąpienia do zacnego teamu Evolva :-) .

 

http://www.evolv.pl/sklep/evolv-team/

 

Pozdrawiam gorąco;)

 

 

 

Posted in Bez kategorii | 2 Comments

Dach arbaiter

Chwilowo i na szczęście w moim życiu zagościła praca, udało się w końcu doczekać tego momentu, gdyż finansowa katastrofa była tuż tuż;). Rest od wspinu nie zaszkodzi, wręcz pomoże, przyspieszy doładowanie baterii i zmotywuje do kolejnego natarcia.

Więc aktualnie zajmuję się montażem paneli solarnych w niemieckiej Bawarii. Za około 2 tygodnie wracam do Cornudelli i razem z Ulą ruszamy na wakacyjne szwendanie się po Hiszpanii, prawdopodobnie odwiedzimy kraj Basków, który od zawsze chciałem odwiedzić, a ciągle coś stało na przeszkodzie. Teraz wygląda na to, że się uda.

Tuż przed opuszczeniem Katalonii, zrobiliśmy sesję zdjęciową na Element Oxigen (dzięki Lama). Kilka fotek wrzucam więc do wglądu. Na do widzenia pociagnolem Monocrome 8a+, wariant przedłużający już dosyć długiej La mosca Colonera 8a.

Drugi projekcik musi jeszcze poczekać. I tak jak wspominałem wcześniej Jędrek dorzucił do swojego wykaziku boulderową Cronica 8b na L´olla w Siuranie, Marcin pociągnął 7b+ w Montsant niezbyt się przy tym męcząc, więc powoli forma klarowała się na odpowiednim, satysfakcjonującym ich poziomie. Jednak powoli wyjazd również dobiegał końca. Niestety, jak zwykle za krótko:)Graty dla chłopaków za przejścia:).

U nas ogródek ruszył z kopyta, myślę ze jak wrócę będą już pierwsze plony. Mniami;) Sporo przyjemności daje spożycie tego co sami wyhodowaliśmy, szczególnie ze woda tu to towar drogocenny, a na podlewanie schodzi jej sporo.

 

Pozdrawiam z Bawarii

 

 

Posted in Bez kategorii | 4 Comments

Element Oxigen

To że do Hiszpy dotarły straszne skwary utrudniające przede wszystkim popołudniowe życie nikogo raczej dziwić nie powinno. W końcu mamy polowe czerwca. Dziwne by było, gdyby było inaczej. Natomiast to ze razem z upałem pojawiła się plaga much już trochę niektórych może zdziwić. Cos takiego miałem okazje doświadczyć już rok temu, wydawało się ze to akurat taki rok. W tym roku to samo, plaga much w niewyobrażalnych ilościach, doprowadzająca do szalu każdego kto choć na chwile przestanie się opędzać od tego cholerstwa. Znacznie gorsza sprawa niż jakieś tam upały. Napisanie tych kilku zdań kosztowało życie 23 muchy. Zaczynam czuć do nich jakąś irracjonalna nienawiść.:)

 

Jeśli chodzi wspin, jak już wspominałem wcześniej zainteresowały mnie dwa projekty na Raco de Misa w Montsant. Pierwszy z nich, czyli połączenie L-Ments 8b+ z Oxigen 8b udało mi się przejść. Wczoraj nastąpiła lekka poprawa warunków wspinowych na Raco, pojawiły się chmury i lekki wiaterek, które pozwoliły pociągnąć w całości trasę, bez konieczności magnezjowania co przechwyt/dwa. Element Oxigen (pomysł i obicie należą do Toniego Arbonesa) to około 40 metrów wytrzymałościowego wspinania. Pierwszy odcinek to główne trudności L-ments 8b+ (bez trawersu w lewo), następnie kilka przechwytów do połączenia z Oxigen 8b i owym niemalże na samiutki szczyt. Oxigen to wydymka z trudnym miejscem w środku ściany, po którym trudności lekko odpuszczają, natomiast pojawiają się spore run outy i kruszyzna. Pisze o kruszyznie, gdyż zaliczyłem lot z urwanym chwytem jak już ¨witałem się z gąską¨ i myślałem ze robota zrobiona. Miejsce jednak okazało się robliwe mimo urwanego chwytu, konkretnym przesięgnięciem. Jeśli chodzi o cyferkę to proponuje 8c i mam nadzieje ze kolejni śmiałkowie przede wszystkim pojawia się na trasie i ugruntują wycenę;). Piękna i ciekawa. Niebawem zrobimy fotki, więc powrzucam co nieco do wglądu. Na razie wrysowałem poglądowo linie na fotce i dorzucam kilka starszych fot z Dame Criptonita 8b+ w Reguchillo, które otrzymałem od Luisa Penina (thanks Luis;)). Ogólnie rzecz biorąc był to dobry dzień nie tylko dla mnie, Jędrek pociągnął Hydrofobie 8a i wydaje się, ze jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i ¨coś¨ więcej pociśnie;).

 

 

Poza tym szukamy kogoś, kto chciałby u nas pomieszkać około 2 tygodnie w lipcu w zamian za podlewanie ogródka i opiekę nad kotami i psem !!!. :)

 

Pozdrawiam

Posted in Bez kategorii | 12 Comments