Climbing Tribe nadaje !!!

Najwyższa pora napisać co wydarzyło się u nas przez ostatnie kilka miesięcy, a trochę minionej zimy się działo. Jak zwykle przez naszą miejscówkę i generalnie przez Cornu przewinęło się sporo bliższych i dalszych znajomych z różnych części świata. Warun początkowo (listopad-grudzień) był coraz bardziej zimowy nie dający możliwości przyjemnego piknikowania w skałach, raczej atakowania konkretnych trudnych rzeczy i szybki powrót do ciepłego domu. Charakterystyczna dla okolicy, pojawiająca się zimą chmura potrafiła przez kilka dni wisieć nad całą doliną tworząc istny mordor. Jednym z rozwiązań była wycieczka ponad chmurę np. na Montsant i przy odrobinie szczęścia wspin na południowych ścianach w pełnym grudniowym słońcu. W Siuranie wtedy najbardziej okupowany był El Corral Nou, do którego chmura już nie docierała. Dopiero styczeń-luty zaczął odpuszczać i coraz częściej przyjemnie nagrzewać słońcem. Porównując do poprzednich lat było dokładnie odwrotnie niż zazwyczaj, bo zazwyczaj to styczeń i luty uchodzą za najgorsze miesiące w roku, jeśli mowa o warunkach wspinaczkowych. Pierwszy raz dwukrotnie spadł śnieg, z czego ten drugi raz w marcu!!!, także zimy w Hiszpie nawet najstarsi górale nie przewidzą.

Po powrocie z Polski celem nie wspinaczkowym było przede wszystkim polepszenie warunków życia na naszej bazie noclegowej. Plan zbudowania zadaszenia i delikatnego apgrejdu karavany towarzyszył nam już od kilku sezonów. Ciągle tylko czegoś brakowało, a to kasy, a to czasu, a to pogoda zła, zawsze coś. Tym razem jednak postanowiłem mimo wszystko rozpocząć budowę. Z pomocą Pszczoły, a potem Janusza zbudowaliśmy tuż koło przyczepy dużą wiatę, którą potem oświetliłem, upiększyłem trawą bambusową, wstawiłem stół, blat kuchenny i wyposażyłem w najpotrzebniejsze graty typu gary, sztućce etc. Dodatkowo w 75% dach jest z materiałów pochodzących z recyklingu z czego jestem dumny bo kompletowanie drzewa trochę mi zajęło. Dzięki temu aktualnie dni restowe czy też deszczowe można sobie całkiem przyjemnie u nas spędzić, nie będąc skazanym na siedzenie w aucie lub namiocie. Dodatkowo pomalowaliśmy naszą przyczepę kolorem „mandarina orange”, dołożyłem szafeczkę i nowy stolik, przydatne w razie zamieszkiwania więcej niż 2 osób. Wszystko to spowodowało że mieszka się przyjemniej – sprawdzone przez nas i naszych gości. Praktycznie całą zimę ktoś u nas pomieszkiwał, wszyscy zapowiadali powrót, co nas najbardziej motywuje do działania. Dzięki wielkie ;-). Między czasie dostaliśmy kolejną, trochę mniejszą przyczepę kampingową, w której ulokowaliśmy Janusza, a którą to tak naprawdę dopiero teraz zaczynamy ogarniać, po jego tajemniczym zniknięciu. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym pomiędzy konstruowaniem dachu, a wylewaniem słupów,czy też kolekcjonowaniem trawy bambusowej nie wplótł sesyjek wspinaczkowych, głównie z niezastąpionym partnerem Manu. Generalnie wspinałem się dużo, więc po przynudzam trochę więcej w tym temacie.

Początek października, wciąż ciepły, skierował nas do niemalże ciągle zacienionego Cingle del Pelegri, sąsiada bardziej znanego miejsca La Capella. Sektory te, ukochane głównie przez lokalsów, charakteryzuje boulderowy styl linii, bardzo techniczne pasaże, trudne do rozpoznania przy próbach onsajtowych, brak jakiejkolwiek konkretnej rozgrzewki i minimum wymaganych umiejętności na poziomie 8a. Kiedyś już chyba o tym wspominałem przy okazji innych prowadzeń. Cyfra tutaj wyśrubowana, choć wg mnie to chyba bardziej kwestia rodzaju wytrenowania zawodnika – boulderowiec powinien sobie tu całkiem dobrze poradzić. Poza kilkoma (dokładnie czterema) mało przyjemnymi drogami, większość jest mega fajna i wymagająca poświęcenia trochę więcej czasu na rozpracowanie patentów– oczywiście moim zdaniem :). Do tych najbardziej interesujących zaliczyłbym Lord Nelson 8b, Vota Ali Baba 8b/b+, Fraticcelli 8a+ i Lauda 8b+. Lauda to linia obita przez Daniego, a poprowadzona przez Oscara Gimeneza. Całość to dojście za około 7b+ do kilku ruchowego bouldera, którego główna trudność polega na precyzyjnej pracy pięty, a następnie terenem za około 7b docieramy do łańcucha. Bald jest na tyle precyzyjny, że nawet straszliwie silny Dani nie może ułożyć wystarczająco dobrze pięty, gdyż uniemożliwiają mu to zbyt grube palce i w związku z tym pociągnąć całej drogi. Manu walczy z drogą do dzisiaj i trzymam kciuki (i linę) za powodzenie bo to już historia bardzo blisko końca, a mi jakimś cudem, jeszcze w październiku, udało się sprawę sfinalizować zgłaszając się jako drugi przy łańcuchu.

W ramach „czyszczenia” Siurany, przenoszę się na Salt de la Reina Mora. Szybkie RP, czyli to co lubię najbardziej :), na kiedyś już dotykanym i super ładnym Brot de Fonoll 8a+, płytowym El Figot 8a+/b, nowością Homoerektus 8a, przecenioną Silenci – z 8b+ na 8a+!!!:) i do pożegnania sektora brakuje dwóch rodzynek – Bad Boy 8b i Abdelazia 8a+. Jeśli chodzi o Abdelazie to ze względu na otwarcie drogi od dołu przeloty są w złych miejscach i jest ich mało i normalnie nie mogę się zebrać w sobie do przystawienia się, szczególnie że nasłuchałem się o drodze, jaka to ona niebezpieczna. Próby dogadania się z autorami w sprawie ponownego, poprawnego obicia linii niczego nie wniosły, więc pewnego dnia będę musiał się tam zjawić i sam przekonać o co chodzi. Ale jeszcze nie teraz 😉 O Bad Boy-u już kiedyś pisałem a propos kompletowania dróg 8b z lat 80/90-tych, takiej lokalnej „koronki old school Siuranki”. Teraz mogę więcej o linii napisać, gdyż w końcu się za nią wziąłem.

Na pewno jest to jedna z najpiękniejszych linii w Siuranie, na pewno jest to jedna z trudniejszych 8b w Siuranie i na pewno jest najtrudniejszą linią na wspomnianej liście. Dla mnie trudny pasaż zaczynał się już po kilku stosunkowo łatwych wpinkach, przez kolejne 3 nie pozwalał na dłuższe zatrzymanie się i bez żadnego lepszego restu doprowadzał pod kluczowy boulder, więc trzeba go było pokonać na zmęczonego. Crux to wymagające, długie ruchy po obłych odciągowych krawądkach i coraz bardziej iluzorycznych stopniach zakończone trudnym krzyżem do oblaka. Na zakończenie teren może za 7b/b+ i „scary” wyjście przez dudniący podchwyt do łańcucha. Majstersztyk :). Udało mi się zrobić trudniejsze rzeczy w tym sezonie, jednak najbardziej cieszę się z poskromienia właśnie tej bestii.

Zanim zrobiło się za ciepło zdążyłem zobaczyć jak wygląda sprawa na Via d’Alsina 8b i udało mi się dotrzeć pod Vinga Vinga 8b. Przede wszystkim Alsina wymaga co najmniej braku słońca o co na Espero Primavera aktualnie trudno – 1 próba doprowadziła do takiej destrukcji skóry, że restowałem 3 dni, więc chyba musi poczekać. Natomiast jeśli chodzi o Vinga Vinga najtrudniejsze może być znalezienie partnera, który zjedzie ze mną do sektoru Can Telafoto, gdyż niewiele więcej możliwości mały sektorek oferuje – w tym miejscu mam nadzieję, że jak zwykle będę mógł liczyć na Manu :).

W związku z tym, że Hunka na święta ląduje w Polsce u babci, my dla odmulenia i poznania niepoznanego wybieramy się na krótki wypad do Montserrat. W związku z tym, że na północnych ścianach jeszcze zimno rozpoznanie masywu rozpoczęliśmy od jego południowych wystaw. Piszę o tym dlatego, gdyż podobno te północne są najlepsze. Spędziliśmy tylko 4 dni zwiedzając możliwie jak najwięcej, jednak 4 dni na takiego giganta to jak nic za mało. Wrażenie Montserrat robi duże. Wielkie obłe wieże, otoczone mniejszymi o równie interesujących kształtach z daleka sprawiają wrażenie gładkich i nie przystępnych. Po bliższym zapoznaniu zlepieniec okazuje się troszkę inny niż ten znany z Montsant czy Margalefu. Mam wrażenie, że częściej łapię wystające kamienie niż dziury po nich. Generalnie południowa, sportowa część Montserrat to 13 zon, które dzielą się na mniejsze i większe sektory – razem 1280 dróg w przedziale III+ do 8c+ (max 75m !!!). Krótki pobyt pozwolił na szybki rekonesans dwóch klasycznych miejscówek, do których dostajemy się w miarę dobrymi „szutrówkami” z miasteczka El Bruc:

Can Jorba – bardzo przyjemna miejscówka z przewagą łatwiejszych, szóstkowych linii. Wydawała się być rodzajem wprowadzenia do długiej znajomości z Montserrat. Podejście od 10-45 min,

około160 dróg V-8b (max 50m).

La Tonsura – Agulla Del Senglar – przepiękna miejscówka z trochę bardziej męczącym podejściem około 45min. Składa się na nią 5 sektorów co razem daje 88 dróg w przedziale V – 8b, z jedną z perełek rejonu na czele – 60m linią na imponującej wieży, której nie sposób nie zauważyć – Lourdes 8b.

W związku z tym, że noce i wieczory na początku stycznia były dosyć mroźne po 4 dniach odechciało nam się marznąć. Spakowaliśmy więc manatki, z jednodniową wizyta wpadliśmy do nadmorskiej, dla odmiany super ciepłej, Gelidy i wróciliśmy do Cornu. Po drodze odbieraliśmy Hunkę z wakacji. Widok miny przerażenia i zniesmaczenia wypucowanego przez babcię małego na nasz przybrudzony 6-dniowym pobytem razem z psami w vanie punkowy dizajn ze sterylnym lotniskiem w tle– bezcenny ;-).

Gelida to malutki, lokalny, położony niedaleko Barcelony (dojeżdża autobus) sektor wspinaczkowy, w którym poczułem się jak w co poniektórych naszych rodzimych skałach. Na własnej skórze przekonałem się, że nie da się zrobić onsightem jednej z trzech do wyboru 8a bez uprzedniej konsultacji z lokalsami. Konsultacja musi być na tyle wnikliwa (np. stopień w środku drogi, którego nie można łapać ;-)), że potem to już nie OS:-). Niemniej jednak na jednodniową wycieczkę poznawczą można się wybrać i wystarczająco nawspinać.

Jak co roku pracowałem na Malcie i jak co roku po powrocie celem podreperowania wytrzymałości i spotkania się chociaż z częścią dużej ekipy starych ziomali z Polski ruszyłem się na kilka dni do Oliany. Tym razem na celownik obrałem jedną z dłuższych propozycji rejonu – Gorilas en la niebla 8b+. Patrząc z ziemi urodą jakoś szczególnie nie powala, natomiast po wstawkach okazuje się warta polecenia linią. Dla mnie wytrzymałościowy monster (50m), który podzielić można na 4 odcinki, z czego pierwszy najtrudniejszy, drugi ma za zadanie tak zmielić przedramiona, aby 3 odcinek – nie trudny kilkuruchowy pasażyk na 30 metrze- dokonał dzieła wyplucia do boksa startowego. Jeśli tak się jednak nie stanie, 4 odcinek to raczej próba nerwów i opanowania na pionowej ściance za około 7a. Aż 7 prób potrzebowałem na poskromienie monstra ;-), czas w Olianie bardzo miło wspominam.

Koniec zimy, w sumie aż do dzisiaj, spędzam na La Capella/Cingle del Pelegri z domieszką El Pati.

Na Pati dzięki niestrudzonemu Daniemu pojawiają się i jeszcze się pojawią (trwają prace;)) nowe propozycje. Pierwsza jeszcze z tamtego roku to Climbing Hard Community 8a+, które jest prostowaniem jednego z klasyków sektora – Gato Lerdo 7b+. Ładna, ale na kolana nie powala – kluczowy balderek często mokrawy doprowadza do bardzo fajnego czegoś przypominającego filarek. Dużo bardziej interesująca i super ładna jest Lolograma 8a+. Traska to stary, nigdy nie dokończony projekt na ścianie na lewo od La Rambli, który dzięki magicznym właściwościom siki został sfinalizowany przez Daniego, który dodatkowo dorzucił przedłużenie będące kilku ruchowym baldem z bardzo trudnym (przynajmniej dla mnie) skokiem do oblaka. Całość wyceniona jest na 8b+ i poza autorem jeszcze nikt tego nie powtórzył. Jednak pierwszy wyciąg to naprawdę kawał pięknego wspinu – polecam. Zaraz obok znajduje się lekko już „odkurzona”, lecz wciąż wymagająca dorzucenia choć jednego bolta więcej bardzo ładna El ojo de tu culo 7b+, a jej prostowanie to kolejna nowa 8a+ tym razem dzieło należy do Oscara Gimeneza, więc i siki możemy spodziewać się mniej lub nawet wcale, a przy wycenia „zielonego listka” raczej nie znajdziemy. Niestety El Pati i sika to niemalże nierozłączna para. Niektóre fragmenty są na tyle kruche (charakterystyczny szary pas przecinający niemalże całe Pati), że bez użycia kleju nie da rady dostać się do znacznie lepszej jakościowo skały powyżej. Aktualnie odbywam sesje treningowe (bo do prowadzenia wydaje mi się, że upłyną jeszcze lata świetlne) na starej-nowej linii Daniego, który notabene wciąż z nią walczy, a mianowicie 20 anos despues 9a. Równoległa do La Rambli droga omija przede wszystkim sławną już, a zarazem obrzydliwą rysę początkową m.in. La Rambli. Póki co powtórzona przez Ramoneta i niedawno przez Klemena Becana, który teraz biega po La Rambli – piszę biega bo np. wczoraj wykonał 5 prób, za każdym razem spadając z samej góry, z ostatniego, najtrudniejszego pasażu!!!. W jego przypadku to kwestia kilku dni i droga padnie. Jeśli mowa o 20 anos despues to podzielił bym ją na 2 odcinki, na pierwszy za około 8c składają się 2 najtrudniejsze pasaże, z niestety bardzo dużą ilości siki (to właśnie ta najbardziej krucha część skały), natomiast drugi (minimum 8b), w który wbijamy się bez lepszego restu to wytrzymałościowy maraton, porozdzielany łatwiejszymi balderkami (dokładnie 2), aż do połączenia się z Patinoso. I za ten drugi odcinek warto wbijać się w drogę i na tym odcinku rozgrywa się cała zabawa. Ja, póki co, walczę jeszcze z pierwszym odcinkiem drogi i coś czuję, że taka sytuacja jeszcze potrwa długo ;-).

Jeśli chodzi o Capelle to odhaczam tam po kolei wszystko co jest możliwe. Po odhaczeniu prawie wszystkich 8a i 8a+ (została mi jedna) przyszła kolej na trudniejsze rzeczy czyli na La Pequnia Mowgli 8c, La Furia del Titan 8b+ i La Furia de la Jungla 8c (c/c+?) – czyli drogi na prawo od Jungle Speed. A propos Jungle Speed urwał się na owej kluczowy chwyt (dokładnie drugi chwyt na drodze) i bardzo jestem ciekaw jak sytuacja zostanie rozwiązana, gdyż kluczowy pierwszy balderek wydaje się teraz na nie do urobienia – choć w dzisiejszych czasach trudno mówić o czymś nie do urobienia.

Mowgli to najkrótsza propozycja Capelli, kilkuruchowy, zadziwiająco ładny, boulder z liną. Drogę powtórzyłem razem z silnym słowackim wspinaczem Simonem w piątej próbie podczas jednej sesji, czyli zadziwiająco szybko jak na balderową linie za 8c, dlatego też wydaje mi się, że bliżej jej do 8b+ niż 8c. Dodatkowo porównując do podobnego sąsiada czyli La Furia del Titan 8b+, linia Daniego nie wydaje mi się trudniejsza, a porównując do La Furia de la Jungla 8c (z którą aktualnie walczę), mowgli na pewno jest łatwiejszy.

Mieszamy więc z Manu El Pati z La Capella, natomiast aby zapobiec zanudzeniu się na śmierć wplatamy Margalef, boulderowy event na niedawno otwartej ścianie w Reus (ściana pierwsza klasa) i wycieczkę poznawczą do Albarracin.

Taka sytuacja potrwa jeszcze około 2 miesiące, aż do mojego powrotu z Malty (o której w końcu też coś napiszę), po którym to spakujemy się i z wieloma postojami w miejscach przyjaznych wspinaczce latem, dotrzemy gdzieś (jeszcze nie wiemy gdzie) na wakacje.

Lista tych najtrudniejszych i najciekawszych powtórzonych dróg:

Lauda 8b+ RP (Siurana),

Gorilas en la Niebla 8b+ RP (Oliana),

La Peqenia Mowgli 8c RP (Siurana),

La Furia del Titan 8b+ RP (Siurana),

Bad Boy 8b RP (Siurana),

Pa Tu Puta Madre 8b RP (Margalef, jak na Marga trudna cyfra),

Bou y Prou 8b RP (Siurana, klasyk),

Furor Uterino 8b RP (Siurana, 2 próba),

Bio Lance 8b RP (Siurana, najbrzydsza na Cingle del Pelegri),

Gigololo 8a+ FL (Siurana),

Life Style 8a+ RP (Siurana),

El Figot 8a+/b RP (Siurana),

Brot de Fonoll 8a+ RP (Siurana),

Climbing Hard Community 8a+ RP (Siurana),

Silenci 8a+ RP (Siurana, 2 próba),

Camino a la Perdicion 8a+ RP (Margalef, 2 próba),

Ich Spiele mit Meinen Penis 8a+ RP (Siurana),

Fraticelli 8a+ (Siurana),

Pa la China 8a+ RP (Siurana),

Rapanui 8a+ RP (Siurana),

La Fresca del Barri 8a+ RP (Siurana, pożegnanie z Siuranella Central),

Lolograma 8a+ RP (Siurana),

Somni Diabolic 8a OS (Montserrat),

Mireia 8a RP (Montserrat, 2 próba),

Homoerektus 8a RP (Siurana, 2 próba, nowa droga na Salt the la Reina Mora),

La Cadireta 8a RP (Siurana, rzadko powtarzana propozycja sektora Can Piqui Pugui),

Fer fum fa mal fal fit 8a RP (Siurana).

Podziękowania dla wspierającego nas ProRocka. Dziękujemy Kubie z Poznania i chłopakom z J23 sound system za plandekę i super imprezkę oraz wszystkim gościom naszej bazy noclegowej za wspólny czas. O wszystkich Was pamiętamy i zapraszamy zaś ;-).

Foty w galerii autorstwa Magdaleny Martyny Nowak, Tomka Japy i ze zbiorów własnych.

Pozdrawiam i do zobaczenia na Jurze 😉

Rafał

 

Wakacje w Polsce

Coroczne stają się powoli nasze wizyty w Polsce. Zawsze chcemy odwiedzić więcej znajomych, czy też miejsc, niż się nam to udaje. Poza tym najpiękniejsza pora roku w Polsce to właśnie lato. Wszystko pięknie zielone, temperatura nawet jak wysoka to nie zabija, warzywa i owoce pierwsza klasa, o polskim razowcu już nie wspomnę. I ognisko można zapalić ;)To doceniam po długiej nieobecności. Bo z warunem do wspinu latem, wiadomo, bywa różnie. Choć w tym roku, porównując do zeszłego, było całkiem przyzwoicie.

Pojawienie się w Polsce na 1,5 miesiąca oznacza dla nas opuszczenie miejscówki w Cornudelli na ponad 2 miesiące i znalezienie kogoś chętnego na zastępstwo. I zawsze się nam to jakimś cudem udaje. Tym razem Janek z Gosią i córkami logują się u nas na całe 2 miesiące. Tuż przed wyjazdem przygarniamy małego kotka Borysa celem oswojenia i przywiązania do miejsca by, gdy wrócą nasze „lamparty” z wakacji, umiał już sobie z nimi poradzić. Kotek również zostaje w rękach Janka i Gosi, którzy z tego co mówili spędzili tu dobry czas z dala od miejskiego zgiełku, a kotka wstępnie przystosowali do życia w nowym mu miejscu i ma się dobrze. Pozdrawiamy Was serdecznie 😉

Nasza trzyosobowa familia plus 2 psy powoduje, że odcinek 2500km dzielący Cornu od Polski potrafi zająć nawet 3 tygodnie;-). Szczególnie jak na pokładzie jest fanatyk wspinaczkowy;-). Poza tym nie jesteśmy zwolennikami pokonywania po raz „enty” tej samej trasy jak najszybciej, bo to straszna nuda.

Tym razem postawiłem na odhaczenie tych klasyków, do których jakoś nigdy mi nie było po drodze.

Pireneje Orientalne, czyli te najbliżej morza, jakoś nigdy nie wydawały mi się interesujące i sprawy sobie nie zdawałem, jak bardzo się myliłem. Dopiero poszukiwanie innej trasy przelotowej do Polski ponownie skierowało uwagę na takie miejsca jak Sadernes i Montgrony. Hiszpańskie klasyki i jedne z pierwszych rejonów w Katalonii. Kropka nad „i” została postawiona podczas rozmowy z Oscarem Gimenezem – lokalnym omnibusem, jeśli chodzi o wspin w Hiszpanii, a przede wszystkim w najbliższej okolicy (w Cornu jest ich paru). Okazało się, że zielone i dzikie Pireneje Orientalne uchodzą za jedną z najpiękniejszych części Katalonii. Ruszyliśmy więc sprawdzić sytuację i rzeczywiście okazało się, że jest pięknie, latem nawet piękniej niż w „rodzimych”, wysuszonych okolicach Cornu.

Sadernes położone w regionie La Garrotxa to tak naprawdę hostel w pięknej starej hiszpańskiej „masia”, camping, kościółek, źródełko i dużo miejsca na zaparkowanie samochodu (zakaz campowania). Dalsza droga w skały to przyjemny spacer (40 min) wzdłuż rzeki Llierca, która rozdziela się na dwie rzeki: Escales i Sant Aniol, obie wbijają się w kanion z sektorami wspinaczkowymi. Akurat nam trafił się spacer, dalsza droga w skały Sadernes – Sant Aniol od 16 marca do 30 września jest zamknięta, więc poza tym okresem, więc wtedy kiedy jest warun, droga jest otwarta. Do dyspozycji mamy 18 sektorów, przy czym w lipcu wspin dla tych co lubią się wyspać zawęża się do 2 interesujących, zacienionych sektorów: La Cupula (grotka zaraz nad rzeką z krótkimi i treściwymi dróżkami, 16 dróg, 7b+ – 8c+) i Pont d’en Valenti (mur z północną wystawą, szarą trudną tufą, oblakami i wytrzymałościowymi 25 metrowymi pasażami, dróg około 25, 7a – 8c ). Niestety nie udało mi się dotrzeć pod równie ciekawy Infra mon (pomarańczowy murek z przewagą ósemkowych linii). Także generalnie wspinania jest dużo i dla każdego. Ciekawe jak wygląda sytuacja z frekwencją gdy jest warun, bo w lipcu wspinaczy nie było za wiele, a wcale nie było strasznie gorąco. Osobiście najlepiej bawiłem się na Pont d’en Valenti. Może nawet byłoby jeszcze lepiej, gdybym się nie wypadek pod skałami. Wszystko to w pierwszy dzień wspinania, w sektorze Pont d’el Valenti. Mur wznosi się do góry i jest lekko spadziście. Czytając przewodnik przez nieuwagę stanąłem na wielkim głazie i, niczym w kreskówkach, poślizgnąłem się i fiknąłem do tyłu na tyle silnie uderzając tyłem głowy w kamień, że odbiło mi szczękę i konkretnie pogruchotało bark. Wspinać się wspinałem, choć bolało, ale już ugryźć cokolwiek było poważną przystawką. Sytuacja zmieniła się dopiero po 2 tygodniach. Z ciekawostek, tuż pod sektorem Pont d’el Valenti stanął piękny, drewniany, klimatycznie położony dom. W niedalekiej przyszłości ma być czymś w rodzaju refu, miejsca na warsztaty, obozy itp.. Prowadzony przez wspinaczy może być ciekawą opcją na spędzenie czasu w Sadernes (http://www.easy-day.com/).

Informacje praktyczne: Do Sadernes najlepiej wybrać się w zimne miesiące, mamy wtedy do wyboru znacznie więcej sektorów, choć wspin możliwy jest przez cały rok.

Położone jest między stolicą prowincji Olot, a wioską Besalu. Jadąc z Girony w kierunku na Olot mijamy Banyoles, Besalu i zjeżdżamy do Montagut de Fluvia, z którego już znaki doprowadzą do wioseczki Sadernes.

Trzy campingi najbliżej wspinania to Can Banal, camping Montagut i camping Masia, natomiast na większe zakupy trzeba wybrać się do nieodległego Olot. Jeśli chodzi o przewodnik, miałem w rękach wydany w 2011, opisujący okolicę, w tym Sadernes, Beuda i Bellavista i była to wersja dosyć aktualna.

Poza tym w dni restowe warto zobaczyć wioskę Besalu, Castellfollit de la Roca, a w związku z tym, że okolice Olot położone są na ziemi wulkanicznej, i należą do „Parc Natural de la zona volcanica de la Garotxa”, mamy do wyboru wycieczkę na El Santa Margarida czy El Graderes.

Dodatkowo z aktywności poza wspinaczkowych rzeka Llierca jest wypasionym miejscem pod uprawianie canioningu, a okoliczne góry są świetne pod wycieczki rowerowe czy piesze.

Kilka dni spędzonych na wspinie w Sadernes i zwiedzaniu mega zielonej okolicy i przenosimy się na równie krótki czas do Montgrony. Tu przede wszystkim jest cieplej i po kilku dniach na tyle wymiękamy, że wyjeżdżamy wcześniej z planem zatrzymania się na chwilkę w Targassonne.

Montgrony, przepięknie położone dokładnie powyżej wioski Gombren, to poza skałami sanktuarium Sant Pere z kościółkiem i konkretnych rozmiarów parkingiem. Jako że byliśmy w najgorszym okresie na wspin, poza nami nie było nikogo, gdyż sanktuarium również było nieczynne.

Wspin to głównie różnego rodzaju, wielkości i wyślizgu (czuć że to rejon klasyk) tufy, czasem krawądki. Do dyspozycji mamy 13 sektorów z drogami o każdej trudności i długości. Podobno najlepiej pojawić się tu w słoneczne, zimowe dni, czyli jesienią i wczesną wiosną też powinno być dobrze.

Dojazd: Z Girony, podobnie jak do Sadernes, jedziemy tą samą drogą do Olot, potem na Ripoll, następnie z Ripoll kierujemy się do Campdevanol, w którym skręcamy w lewo na Gombren i La Pobla de Lillet. Za Gombren docieramy do skrzyżowania, z którego znaki doprowadzą nas w skały.

Przewodnik: Escalades al Ripolles (L. Alfonso, X.Buxo), osobiście starałem się korzystać z internetowych wersji, ale nie polecam takiego rozwiązania.

Ważne jest, aby przed podjazdem do góry zaopatrzyć się w odpowiednią ilość wody, najlepiej i najłatwiej w Gombren.

Montgrony należy do obszaru PEIN (park Cadi-Moixero) i w związku z tym wszelakie campowanie, czy to w namiocie, czy samochodzie jest zabronione. My mieszkaliśmy w naszym samochodzie po prostu na wspomnianym parkingu i nie było z tym żadnych problemów, ale nie wiem jak taka sytuacja wygląda w sezonie wspinaczkowym i „pielgrzymkowym”.

Z powodu upału nie za długo tu zabawiliśmy. Przepiękną, mega krajobrazową trasą N152 ruszyliśmy w kierunku Puigcerdy, granicy z Francją i odpoczynkowego postoju w Targassonne.

W Targassonne oczywiście również było bardzo ciepło. Jeden dzień spędzony w tej pięknej okolicy dał tylko delikatny posmak całości tego bardzo dużego i rozległego miejsca.

Po kilku dniach znaleźliśmy się już Polsce, podobno na końcówkę upałów. Trudno rzec, jak dla mnie warun był całkiem dobry, porównując to lat poprzednich.

Tym razem chciałem, zresztą jak co roku, jak najwięcej czasu przesiedzieć na jurze i jak zwykle udało się tego dokonać połowicznie. Dwa miesiące w Polsce to dla Uli i dla mnie zawsze za mało czasu. Spraw do załatwienia i zadań do wykonania jest zawsze więcej niż czasu przeznaczonego na to i zawsze jak wracamy do Cornu zgodnie stwierdzamy, że było bardzo intensywnie z delikatną dozą relaxu. Poza wspinem, odwiedzinami rodzinnymi w szerokim tego słowa znaczeniu zaliczyliśmy kilka dobrych mniejszych i większych muzycznych imprez plenerowych i konkret wesele można powiedzieć rodzinne;-), przy okazji całujemy i ściskamy parę młodą!!!. Przede wszystkim Ula ruszyła ze swoim projektem w Korabiewicach. Przy okazji, zorientowanym w sytuacji w imieniu Uli i Pani Magdy, bardzo dziękujemy za każdą Waszą pomoc w tej kwestii. Pani Magda założyła w latach 80-tych schronisko dla zwierząt w Korabiewicach. Znalazły tam schronienie nie tylko psy i koty ale i niedźwiedzie ocalone z polskiego cyrku i rosyjskiej tajgi, odebrane kłusownikom trenującym na nich psy do polowania, także wilk i wiele innych, w tym sowa, kozy i kangur. Obecnie sytuacja Pani Magdy jest bardzo trudna, a schronisko od paru lat prowadzi organizacja Viva!. Długa, pogmatwana i smutna to historia i nie tu miejsce na jej opisywanie, trudno też sprawę przemilczeć.

Starałem się wykorzystać każdy wolny czas pomiędzy powyższymi sytuacjami, aby zrelaksować się na jurze. Sentyment łączy mnie mocno z Jurą Północną, więc bez biwaku i ogniska w okolicach Podlesic obejść się nie mogło. Stąd na ulubiony Okiennik Skarżycki i Jastrzębnik już niedaleko i poza małymi wyjątkami tam spędziłem większość czasu. Okiennik już dawno wydawało mi się, że „wyzerowałem”, więc jakieś 2 lata temu podczas przeglądania przewodnika nie mogłem wyjść z podziwu jak bardzo się myliłem. Ilość kombinacji z fragmentami „nowego” pozwoliła znowu wrócić na ścianę czołową Okna i zainteresować się nowością Waldiego – Władca Przestrzeni VI.6 i jej trudniejszą wersją Królowa Południa VI.6+. Natomiast Jastrzębnik to trochę inna historia, całkowicie nowe linie to wymagające cacuszka i chyba też więcej radochy z tych przejść miałem. Mam na myśli przede wszystkim Sztukę Latania VI.6, Mroczne Widmo VI.6/6+ i Filar Zapomnienia VI.5+/6, który przy okazji, z ekipą Fcuk Gravity (pozdrawiam :-)), udało się skręcić.

Władca Przestrzeni to początkowo „władca” lewej części Władcy Pierścieni (tu mamy najtrudniejszy pasażyk), następnie władca Wycieczki do Ojcowa z jej połogim cruxem, po którym wychodzimy wprost do góry, na lewo od kluczowego balda z Super Akcji. Brzmi skomplikowanie, ale w rzeczywistości nie jest strasznie. Najtrudniejszy pasażyk, poza tym że „lekko” wciśnięty, to 5 sprężających, fajnych ruchów. Natomiast Królowa Południa to trudniejsza końcówka, czyli Władca Przestrzeni plus balder z Super Akcji, który łatwy i przyjemny nie jest. Mimo to obie linie, moim zdaniem, nie należą do tych bardzo wymagających. Na Jastrzębniku „zagadki” do rozwiązania nie są już takie proste i mi osobiście sprawiają więcej przyjemności. Trochę większą rolę odgrywają tu detale. Mroczne Widmo to super techniczny i trudny pasaż, który biegnie trawersem w prawo i który mam nadzieję Waldiemu uda się (lub już się udało) przedłużyć do samej góry bo linia będzie zacna i syta. Póki co droga kończy się w połowie ściany, a do szczytu podobno jest jeszcze do zrobienia odcinek za około VI.5, a przed nim nie za bardzo jest gdzie odpocząć. W tym wypadku cyferka wydaje się być bardziej adekwatna i wyśrubowana. Filar Zapomnienie to sam nie wiem czy zapomnienia z powodu braku zainteresowania aż do dziś, czy z powodu ciągłego mylenia i zapominania przeze mnie patentów. Normalne wytrzymałościowe wspinanie, dodatkowo filar, na tyle to dla mnie rzadkość na jurze, że wydaję mi się, droga nie powinna być już zapomniana. Historia jej powstania i przechwyty skręciliśmy z chłopakami z Fcuk Gravity przez przypadek, plan był na Mroczne Widmo, pechowo na miejscu okazało się, że dron odmawia współpracy na Widmie z powodu zbyt bliskiej odległości drzew. Szybka zmiana planów zaowocowała skręceniem filara.

Filar Zapomnienia

Końcówka naszego pobytu w Polsce to lizanie ran po pięknym weselichu, odpuszczenie wspinu na chwile z powodu lekko naciągniętego palca i walka o życie naszej suczki Ari, która gdzieś po drodze załapała odkleszczową babeszię. Trochę nas to zdrowia kosztowało.

Aktualnie jesteśmy już w Cornu. Wszystko tu po staremu i na swoim miejscu. Jak co roku wróciliśmy tu z przyjemnością, gdyż po takim czasie zdążyliśmy się stęsknić. I pierwsze co zauważyliśmy po powrocie to całkowita cisza tu panująca. Nasza miejscówka zdążyła już w kolejnym sezonie przyjąć pierwszych gości i na czas bliżej nieokreślony zamieszkał z nami Janusz. Janusz przyszedł do nas z Wiednia i z tego co nam opowiadał większą połowę drogi szedł, pozostałą część pokonał na różne sposoby, tyle że nie jechał stopem, bo nie lubi jeździć stopem. W naszej okolicy zdążył już również przejść tu i tam podczas paro dniowych wycieczek. Także z naszej strony szacun. Pan Janusz ma 50+ lat i nigdy wcześniej czegoś takiego nie robił. U nas, mówi, przeczytał już więcej książek niż przez całe życie. Zainteresował się wegetarianizmem, zaczął ćwiczyć yogę i wygląda na szczęśliwego człowieka. Także bardzo nam miło i bezproblemowo się razem mieszka.

Ula rozpoczęła sesje jogi ze swoją grupą, Huna jesienny semestr w szkole, a ja, jeszcze przed wyruszeniem do pracy, przywitałem się ładnie ze skałkami w Siuranie, poprzypominałem gdzie i jakie drogi czekają na przejście i otwarłem sezon jesienny pociągnięciem jednej z czekających w kolejce 8b+.

Najciekawsze przejścia:

Sex Vicious 7c OS, Sadernes;

Go West 8a OS, Sadernes;

Fe 7c OS, Sadernes;

Brujo 8b RP, Sadernes;

Porno Erotic Sexual 7c OS, Montgrony;

El Sur 7c+ OS, Montgrony;

Mroczne Widmo VI.6/6+ RP, Jastrzębnik;

Władca Przestrzeni VI.6 RP, Okiennik Skarżycki;

Królowa Południa VI.6+ RP, Okiennik Skarżycki;

Filar Zapomnienia VI.5+/6 RP, Jastrzębnik;

Nunca se sabe 7c OS, Siurana;

Kampf 7c+ RP, Siurana;

Lauda 8b+ RP, Siurana.


Pozdrawiam

Rafał

Ps. Coś z tekstem o Malcie nie mogę się wkleić, ale nie martwcie się Malta nie zając…;)

 

Wiosenne ostatki

Jak już pisałem, dzięki „blokadzie” Manu na Cronica zacząłem czyszczenie sektora L’olla, bo przecież nie zostawia się partnera w biedzie. Po wyrównaniu starych porachunków czyli spalonych prób OS na Cop de Cigala 8a+, Anemone Nipapa 8a i jej łatwiejszej sąsiadce, przyszła pora na coś nowego. Szybkie RP na Els Indignats 8a+ i Comerc just 8b (prawdopodobnie 3 przejście) i zacząłem się rozglądać co ciekawego po lewej stronie L’olla jeszcze zostało. Akurat była już poprowadzona przez Oscara i Daniego nowość v de mortensen 8c i jej łatwiejsza wersja v de vendeta 8b+. Ten ostatni dołożył akrobatyczno-cyrkowy trawers do wspomnianej 8c robiąc z niej coś koło 9a. Póki co jeden z ruchów, polegający na zejściu/zrzuceniu się na „fakera”, schłodził zamiary wstawienia się. Natomiast walka ładnie, technicznie wspinającego się Gerarda Rulla na Mortensenie wprost przeciwnie nakręciła do prób, ruchy wyglądały przepięknie i faktycznie takie były.

Droga startuje na lewo od znanej polskim wspinaczom Directy Cornualles, przechodzi przez okap, który jest kluczowy i następnie skręca w prawo i biegnie ewidentnym zakosem do łańcucha z Directy. Logiczna i w dużo lepszej jakości skały od Directy. Kluczowy daszek to sekwencja kilku bardzo siłowych, długich ruchów po w miarę dobrych chwytach zakończona dynamicznym ruchem do niestety podklejonego, a co często idzie w parze-wiecznie wilgotnego, chwytu. Rest i kolejny odcinek do łańcucha to rzetelne 8a, z którego końcówki spadłem parę razy mocno nabity. Ostatecznie melduję się przy łańcuchu zaraz po Oscarze, Danim i Geraldzie szczęśliwy bo czuję, że jest moc i wciąż stać mnie na więcej. Sam okap, a następnie odbicie w lewo w znacznie łatwiejszą i ewidentną rysę to v de vendetta 8b+, którą kilka lat temu myśleliśmy z Łukaszem Dudkiem, że próbujemy, a faktycznie próbowaliśmy inną drogę (z kluczowym, niewysychającym oblakiem). Trochę w tej części l’olla było zamieszanie, które w końcu zostało okiełznane i większość projektów poprowadzona. Okap zamykający l’olla razem z wspomnianym daszkiem to teraz 8c+ (niezbyt urodziwe i bolesne). Directa Cornualles po powiększeniu się chwytu w drugim cruxie to teraz 8b+. Tak, raczej „się powiększył”, gdyż skała tam jest słabej jakości i mógł się po prostu sam wykruszyć. Natomiast na lewo od V de mortensen mamy jeszcze super fajne, oczywiście balderowe: El arte de ir tirando 8a+/b, Acariciando lo Aspero 8b+ i Para Mariano 8a. To te ciekawe i warte spróbowania. Dani obił jeszcze bardziej w lewo, już mocno poza grotką, kilka tras, ale czy one fajne to już nie jestem pewien.

Misja czyszczenia sektora niemalże ukończona, zostały mi 3 niezbyt zachęcające linie (pomijając 9a Daniego), które chyba muszą dołączyć do listy oczekujących na jesień.

Tyle ze wspinaczkowego frontu. Tym razem większość czasu spędzałem w Siuranie, przede wszystkim z powodu braku czasu na dalsze wycieczki. Czasem były to 2 godzinne sesje i powrót do domu. Budowa systemu solarnego pociągnęła za sobą szereg kolejnych prac i ulepszeń zarówno w naszym domu, jak i na campie. Wszystko to wymagało czasu, szczególnie, że robiłem to sam. Absolutnie nie chce tu narzekać, bo sprawiło mi to ogromną radochę i gdyby nie finanse, które chwilowo zatrzymały proces, chętnie i z przyjemnością działałbym dalej. Jedyne co, że ciągnęło mnie po prostu w skały.

Aktualnie prądu mamy pod dostatkiem, poza tym, że w końcu mogę robić muzę kiedy i jak długo chcę, mogę używać różnych narzędzi elektrycznych, jak i napić się świeżego soku z sokowirówki. Dzięki elektryfikacji możemy pompować wodę, za co szczególnie wdzięczne są mi moje plecy, które odetchnęły z ulgą (regularne noszenie np. 300 litrów wody to nie bułka z masłem). Udało się uruchomić pralkę, dla której pozostało mi zbudować małą pralnię. Skorzystała również campowa karavana, który otrzymała oświetlenie i niekończącą się wodę, bo zawsze mogę jej dopompować:). Nie wiem czy dzięki temu, czy nie, w tym sezonie odwiedziło nas naprawdę dużo gości. Było super cool widzieć, że wszyscy są zadowoleni, że to co tu robimy jednak działa i wydaję się, że ma sens. Takie sytuacje motywują do dalszego działania. O wszystkich Was pamiętamy i wszystkim Wam bardzo dziękujemy i mamy nadzieję, że spędziliście z Climbing Tribe miło czas. Chyba założymy księgę gości, żeby wszystkie te wizyty, poza pamięcią, gdzieś zapisywać.

Dodatkowo udało się zdobyć nową, zewnętrzną powłokę dla naszej jurty i z pomocą znajomych nasz dom otrzymał nowy dach i został na nowo ustawiony. Istotna sprawa, gdyż po 5 latach jurta się pochyliła na tyle mocno, że groziło to zawaleniem. Pomijając podobieństwo do domów w pewnej brazylijskiej dzielnicy ( łatałem dach tym co znalazłem:)). Aktualnie znowu jesteśmy ładni, jak i wiatro- i wodoszczelni :).

Na zakończenie chciałem dodać, że ciągle współpracuję i jestem wspierany przez ProRocka, którego ciuchy polecam wszystkim nie tylko wspinaczom ;-). Ciągle jestem w kontakcie z chłopakami z Fcuk Gravity, z którymi szukamy nowych pomysłów, nowych projektów i którzy nieprzerwanie zasilają Nas konkretną dawką pozytywnej nie wyczerpywalnej energii. Jak można zauważyć większość zdjęć jest autorstwa Wojtka Jędrzejczyka, który trochę czasu u nas spędził. Dzięki Wojti, kawał wspomnień i dobrej roboty. Poza tym rozpocząłem kooperację z hiszpańską Tenaya, której to nowe modele butów bardzo miło już mnie zaskoczyły.

Wszystkim Wam, z którymi przesiedzieliśmy przy piecu ciekawie gaworząc ;-). BARDZO DZIĘKUJEMY !!!

Pozdrawiam

Rafał Porębski z rodzinką

Najwyższe (nie zawsze najciekawsze) cyferki:

V de Mortensen 8c RP, Siurana;

V de Vendeta 8b+ RP, Siurana;

Semental 8b+ RP, Siurana;

Vota Ali Baba 8b/b+ RP, Siurana;

Acaraciando lo Aspero 8b+ RP, Siurana;

Umpah-pah 8b RP (2 próba), Siurana;

Comerc just 8b RP, Siurana;

El Arte de Ir Tirando 8a+/b RP, Siurana;

Jamon Jamon 8a+ RP, Siurana;

Samba Pal Gringo 8a+ RP, Siurana;

Mordiendo en Polvo 8a+ RP, Siurana;

Cop de Cigala 8a+ RP, Siurana;

Els Indignats 8a+ RP, Siurana;

Blue Monday 8a+ RP, nowa droga na Reserva India, Siurana,

Operacion Bikini 8a+ RP (2 próba), Margalef;

Muerte Entre las Flores 8a+/b RP, Margalef;

Local Hero 8a OS, Margalef;

N onribu 8a FL, nowa droga na Reserva India, Siurana.

Ps. Kolejny wpis o tym co wydarzyło się na Malcie;), aktualnie natomiast rozpoczynamy powolny przejazd wakacyjny w kierunku Polski. Do zobaczenia na Jurze. 😉

Trochę historii

Kiedyś chyba już pisałem, że wspinanie w Siuranie, najpiękniejsze z najpiękniejszych, oznacza dla mnie przystawianie się do rzadko powtarzanych tras, często pięknych i trudnych czy też odkurzanie „zapomnianych” sektorów.

siurana-oscar-gimenez1

Siurana my second love. Fot. O. Gimenez

Razem z Manu, najlepszym przyjacielem i partnerem zarazem, jesteśmy w podobnej sytuacji i myślę, że jeszcze parę lat nie będziemy się nudzić w Siuranie. Gdyby nie Dani, Oscar i Pata nie mielibyśmy już czego tu szukać. Chwała im za to. Ciągle istnieje opcja nowych spotów takich jak już w sumie kilka lat istniejący Can Pepo (Pep Farre otwarł sektor). Oscar Gimenez, który w Siuranie do 8c zrobił chyba wszystko, ciągle eksploruje szeroko pojętą okolice i kilka miejsc zapowiada się naprawdę ciekawie (nie mogę na razie niestety puścić pary z ust), natomiast Dani Andrada regularnie odhacza stare projekty, zawsze dorzucając coś nowego (w tym akurat przypadku nie zawsze ciekawego). Ten ostatni to istny fanatyk wiercenia.

dani z wiertarką się nie rozstaje

Dani z wiertarką się nie rozstaje. Fot. W. Jędrzejczyk

Rok temu minęło 30 lat od powstania pierwszych klasycznych dróg w Siuranie. Skały były kompletnie dziewicze, wcześniej nie eksplorowane w sposób tradycyjny, tak jak często w przypadku starych, historycznych rejonów ma to miejsce. Od samego początku idea free climbing-u była obecna w głowach tutejszych wspinaczy, którzy pojawili się w malusienkiej, trudno dostępnej wioseczce Siurana. Zbiegło się to w czasie z ogólnym boomem na wspinanie sportowe na świecie. W Hiszpanii odchodzono od haków typu „buriles” na rzecz spitów, co w Siuranie pozwoliło obijać te najbardziej gładkie ściany. Poza tym to tu narodził się pomysł podziału rejonu na sektory, jak również odchodzono od ciągnięcia dróg do samego topu ściany. W połowie lat 80-tych pojawili się pierwsi fanatycy tego rodzącego się sportu. Takie postacie jak: (kolejność od tych pierwszych) Joan Chaparro, Eduard Burgada, Joan Olive, Joan Cabau, Carles Brasco, Ernest Corull stworzyły aktualną Siuranę, potem (aż do dziś) eksplorowaną głównie przez Dawida Brasco, Toniego Arbonesa, Oscara Gimeneza, Daniego Andradę, Patę i jeszcze paru innych.

Jest taki zestaw dróg w Siuranie z przełomu lat 80/90-tych, wycenionych wyżej od 8a+, które zostały obite jeszcze w latach 80-tych, a przejść klasycznych doczekały się w latach 90′-91′. Pierwsze przejścia większości z tych dróg należą do ówczesnej legendy wspinania sportowego Carlesa Brasco. Patrząc wg obicia, pierwszą drogą (obitą w 87 roku), która dopiero kilka lat później (po 91′) stała się 8b, była Via de l’Alsina w sektorze Espero Primavera. Droga do dziś ma tylko kilka powtórzeń.

Renegoide_8b+ RP-700x464

Renegoide. Fot. Maciek „Lesser” Gajewski

Co ciekawe, jednak pierwszą drogą wycenioną na więcej niż 8a+ jest Renegoide 8b+, gdyż zostało poprowadzone w 1990 roku przez Carlesa Brasco. Poza Renegoide złotą kolekcję najtrudniejszych wówczas dróg Siurany w 91 roku uzupełniają: obita w 88′ przez Eduardo Burgadę Umpah-Pah znajdująca się w sektorze L’olla oraz La Ballade des Pendus obita w 1990 roku w kultowym sektorze Can Piqui Pugui i Bad Boy z 1991 roku w sektorze Salt de la Reina Mora. Wszystkie to pionowe lub lekko przewieszone, z balderowymi, technicznymi pasażami – „gładkie” płyty. Niezbyt często powtarzane i rzetelnie wycenione na 8b tworzą kawał pięknego wspinu i historii Siurany zarazem. Kurfil z 91′ był wtedy 8a+, gdyż startowało się z kamienia pomijając pierwszy, najtrudniejszy, crux drogi. To były te pierwsze, od których wszystko się zaczęło.

Carles-Brasco-a-Umpah-pah-Foto-colleccio-C-Brasco

Carles Brasco na Umpah-pah. Fot. arch. C.Brasco

Całą tą historię uświadomili mi, już jakiś czas temu, Manu i Pep Farre i od razu tematem się zainteresowałem. Przez przypadek pierwszą, zgodnie z historią jej powstania, powtórzyłem Renegoide, a dopiero potem zainteresowałem się pozostałymi, teoretycznie łatwiejszymi, ósemkami be. Pierwsza padła „ballada” (oj nie łatwa to była sprawa), następnie w tym roku bardzo szybko, bo w 2 próbie, uporałem się z „umpapą”. Do kompletu zostały 2 drogi: Bad Boy i ze względu na 87′ rok obicia Via de l’Alsina (uklasyczniona została później). Podobno najtwardszy orzech do zgryzienia to Bad Boy, który podobnie jak Via de l’Alsina, musi poczekać do jesieni, gdyż Salt de la Reina Mora Espero Primavera to typowo zimowe sektory, a tu już słońce nieźle praży. Jeśli chodzi o Umpah-Pah to jest to linia idealna, rzucające się w oczy 2 szare pasy pośrodku gładkiej płyty aż się proszą o drogę. Również jak na tamte czasy dość wizjonerska, bo płyta z ziemi wygląda na kompletnie gładką. Kiedyś trasa uchodziła nawet za 8b+, jednak moim i większości powtarzających zdaniem, było to trochę za dużo i bardziej adekwatna wycena to 8b.

Z całą odpowiedzialnością i pewnością, fanatykom wspinu w Siuranie, zarówno kolekcjonerom jak i tym nowo przybyłym polecam wszystkie wymienione, również te, których jeszcze nie poznałem ;-). Jedynie poszukiwacze łatwej cyfry mogą być zawiedzeni ;-).

Can-Piqui-pugui.-La-balade-des-pendus-8b

Pep Farre na La Ballade des Pendus. Fot. Joan Capdevila Vallve

Niespodziewanie sektor L’olla był moim domem przez większość wiosennych dni. Ciekawe, bo wcześniej nie byłem fanem tego miejsca. Zrobiłem co miałem zrobić, co ładne, i się więcej tam nie pojawiałem. Wszystko to dzięki przedłużającej się walce Manu z bulderową Cronicą 8b (przy jego wzroście to bardzo trudna linia) i rozwiązaniu starych zagadek w lewej części sektora, o których jeszcze napiszę. Aktualnie Dani obił kolejne nowe linie (zgubiłem się co do ilości), jeszcze bardziej w lewo poza grotką, ale nawet dla takich kolekcjonerów jak ja nie jestem pewien czy to sprawa warta uwagi :).

Manu na Cronice

Manu na Cronica. Fot. W. Jędrzejczyk

Zanim jednak trafiłem na L’olle udało się odwiedzić kolejny nowy-stary sektor Montsant – El Libro, nowy (dla mnie) rejon Capcanes, powtórzyć nowość w Siuranowym sektorze Cingle del Pelegri, „odkopać” jedną z dróg na El Pati i zagrać na przepięknej i „przeprzyjaznej” Majorce – pozdro Filip i Justyna. Mam nadzieję, że na Majorkę jeszcze wrócimy, zarówno w celach wspinaczkowych, jak i muzycznych. Szczególnie, że miałem wrażenie, że stewardessa ledwo skończyła omawiać standardowe zasady bezpieczeństwa na pokładzie samolotu, a już lądowaliśmy, tak mamy blisko na wyspę.

Majorka party.

Majorka party. Fot. arch. R.Porębski

El Libro odwiedziłem z Uśmiechem, który coraz częściej zaczął odwiedzać Katalonię, w związku z tym również i naszą miejscówkę, stał się naszym rezydentem. Sektor Montsant został otwarty przez francuza Laurenta Triay, na stałe mieszkającego w Cornu, znanego m.in. z produkcji filmowych takich jak Fanatic Search czy Girl Thing. Miejscówka położona wysoko (niecałą godzinę zajęło nam podejście), więc bardzo rzadko odwiedzana charakteryzuje się totalnie pionowym, technicznym wspinem, gdzie brak magnezji odbija się na wynikach onsightowych. Około 30 metrowe drogi (dokładnie 16), jak na Montsant, wydawały się wymagające. Topo znajduje się m.in. w zbiorczym przewodniku „Tarragona Climbs”. Odwiedzić El Libro ma sens, gdy poruszamy się po co najmniej 7c i nie przyprowadzamy psa, gdyż pod same skały doprowadzają poręczówki, miejscami dość eksponowane. Wystawa płd-zach, zakaz wspinu 1 stycznia – 15 lipca, więc wybieramy się na wycieczkę jesienią lub w słoneczny zimowy dzień. Warto :).

Widok na El Libro.

Widok na El Libro. Fot. R. Porębski

Capcanes to już inna bajka bardziej zbliżona do Masriudoms i chyba podobnie do El Libro często odwiedzana. Pojawiliśmy się tam z Uśmiechem w niezbyt sprzyjających warunkach pogodowych. Wiatr urywał głowę i przez to było, delikatnie mówiąc, nie za ciepło ;). Mimo to udało nam się co nieco poruszać i co nieco dokonać rekonesansu miejsca. Jedno jest pewne, nie polecam wybierać się tam gdy prognoza wspomina nawet o minimalnym wietrze. Miejscówka super ładna i klimatyczna, zarówno wspinaczkowo, jak i noclegowo. Nie łatwa do znalezienia, więc dobrze jest wcześniej zainteresować się lokalizacją. Wioska Capcanes (coś jak Prades) znajduje się w okolicy Sierra de Llaberia, podobnie jak wszystkim znany Masriudoms lub rzadziej odwiedzany Pradtip i w stosunku do wymienionych położony jest bardziej na płn-zach, nie daleko od La Marca, koło Falset. Znalezienie skał trochę nam zajęło i nie jest łatwe, z wioski są niewidoczne, a kierunek na nieczynny hotel, który trzeba obrać, wydaje się początkowo błędny. Podobno w wioskowym barze do wglądu jest najbardziej aktualna wersja przewodnika i pewnie można się dowiedzieć szczegółów dojazdu, jednak mieliśmy problem ze zlokalizowaniem baru, jako taki przewodnik miałem od znajomego, więc odpuściliśmy poszukiwanie. W zamian za długie poszukiwanie mamy ładne miejsce parkingowe dla naszego campera i szeroko pojęty święty spokój. Tras wspinaczkowych około 50, kilka rozgrzewkowych „szóstek”, dominuje jednak przedział 7c+-8a+ plus kilka projektów. Posiadaną wersją ksero przewodnika mogę się z zainteresowanymi podzielić mailowo.

capcanes

Capcanes. Fot. R. Porębski

Wracamy do Siurany i do mało komu znanego i nie często odwiedzanego Cingle del Pelegri, czyli lewego przedłużenia bardziej znanego sektora La Capella. Wspin tu to niełatwa sprawa (poza paroma wyjątkami, dokładnie dwoma :)), jest mocno bulderowy i mocno techniczny. Jak mówią lokalsi: „pure Siurana”. Wyceny wyśrubowane, drogi bardzo estetyczne i moim zdaniem naprawdę ładne. Do tego sektor jest w cieniu większość dnia co przy wertykalnym (lub lekko przewieszonym) wspinie jest tu bardzo ważne. Najciekawsze i najtrudniejsze propozycje sektora należą do Daniego Andrady i Oscara Gimeneza. Ten ostatni niedawno otworzył stary projekt, o nazwie nawiązującej do ostatnich wyborów w Hiszpie, vota Ali Baba i wycenił minimum 8b/b+ (bliżej mu do 8b+), co jak na Oscara to naprawdę dużo. Jako że tej zimy mieliśmy piękną wiosnę, mogłem próbować drogę zaraz po powrocie z „tyrki” na wyspach w listopadzie. Początkowo wyglądało to mi na „mission impossible”, jednak kroczek po kroczku ruchy zaczęły się kleić, aż w końcu linię pociągnąłem w całości dokonując 4 przejścia (po Danim i Manu). Chwilę potem Dani otwiera kolejny projekt w okolicach 8b+-8c, plus łatwiejsze zaległości i plan kolejnych wizyt na Cingle del Pelegri gotowy :).

Na Mordeindo en polvo 8a+ walczy Manu

Na Mordeindo en polvo walczy Manu. Fot. R. Porębski

Grudzień i początek roku to powrót syna marnotrawnego na El Pati. Powrót bo wydawało mi się, że prędko się tam nie pojawię. Podobnie zresztą jak mój towarzysz Manu omijałem to miejsce łukiem. Jednak „never say never” o czym zresztą później przekonałem się ponownie, gdy trafiłem do sektoru L’olla. Skusiłem się z powodu odwiedzin znajomych, których na „dzień dobry” nie chciałem ciągać po mniej spektakularnych sektorach, aby przypadkiem nie zniechęcić do tego uroczego miejsca jakim jest Siurana. Poza tym było kogo dopingować na tamtejszych projektach (np. sporo ziomali wtedy walczyło z Kale Borroka) i przy okazji jeszcze raz przyjrzeć się dokładniej co wartego uwagi jeszcze pozostało na el Pati. Padło na Semental 8b+ biegnące zaraz na prawo od Estado Critico 9a. Trudności porównując do wspomnianej wyżej „voty” wydawały się mniejsze, a ciąg większy, czyli sytuacja do wychodzenia, Trzymała mnie górna, bardziej mentalna niż trudna, część drogi. Po pokonaniu wspólnego z sexo sentido i najtrudniejszego dla sexo sentido zarazem, semental odbija w lewo. Zaraz po tym mamy kluczową sekwencję, która doprowadza do rysy. Rysa trudna nie jest, ale krucha i „krzywa”z delikatnymi runoutami. To trzymało mnie najbardziej na drodze, oczywiście jak już rozkminiłem kluczową sekwencję. Trochę na ten dzień czekałem i w końcu przyszedł. Przemogłem się i droga padła bez większych emocji. Eh ta głowa, lubi płatać figle.

Semental

Semental. Fot. W. Jędrzejczyk

Poza tym, gdyby linia była częściej powtarzana (myślę, że ma kilka przejść), może górna rysa przestała by sprawiać wrażenie kruchej i dzięki temu rozładował by się trochę korek na sąsiadującym siuranowym klasyku Kale Borroka, czy na Dogmie. I może wtedy bym miał większą motywację do prób na Super Cowboyu czy Estado. He he chyba trochę za dużo „może” bo może akurat wtedy nie będą miał na owe próby wystarczająco mocy 😉 … takie tam starcze dywagacje, cóż ostatnio usłyszałem, że jestem na pewne rzeczy za stary:). Pozdrawiam pana od tego stwierdzenia jeśli to czyta ;)) … choć wątpię …

Pozdrawiam

Pozdrawiam 😉

cdn…

Rafał Porębski

Ps. Przede wszystkim fragment tekstu o historycznych drogach Siurany nie powstałby bez pomocy, dużej wiedzy i udostępnieniu informacji (http://www.algunesviesbones.com/) jednego z lokalnych fanatyków Siurany: Pepa Farre – thanks Pep ;-).

serduszko

Fot. Kiti

Ps. Z mniej ciekawych informacji zakończyłem, czego się spodziewałem prawdę mówiąc, współpracę z polskim dystrybutorem Evolva. Tak naprawdę większość czasu (kilka lat) współpracowałem z poprzednim przedstawicielem i zarówno ja, jak i on byliśmy zadowoleni. Z nowym ledwo i z mozołem się zaczęło, a już skończyło. Kwestia punktu widzenia i polityki firmy. Stąd zniknięcie logosa z mojego bloga. Czas rozejrzeć się co nowego i ciekawego na rynku ;-).

5 lat unplugged

W tym roku stuknęła nam pierwsza okrągła rocznica, przede wszystkim Naszego związku, ale również stacjonowania w Cornu i oczywiście tylko po Hunce (rośnie jak na drożdżach) widać, że czas pędzi nieubłaganie do przodu :-). Pięć lat zleciało nawet nie wiem kiedy, a tu jeszcze tyle roboty do zrobienia :-).

5 lat

Pięć lat razem i nie zmienia się nic 😉

Czytaj dalej

Lepiej późno niż wcale

Okres wiosenno-letni był dla mnie przede wszystkim lekcją pokory i cierpliwości. Skasowany palec serdeczny już na początku stycznia, o czym już wspominałem wcześniej, usadowił mnie na czterech literach na całą wiosnę. Pozostałe 4 grosze dorzuciła proza życia i tak z wielkich planów wykonałem tylko małe planiki, ale nie ma tego złego. Każda kontuzja bezlitośnie każe ci zwrócić uwagę na popełnione błędy, a czas potrzebny na rehabilitacje pozwolił mi na spokojnie spojrzeć na swoje wspinanie i nakreślić jakieś plany na przyszłość. Miedzy innymi udało się w końcu spotkać (bo pomysł leżał w szufladzie już od dłuższego czasu) i rozpocząć prace nad, anonsowanym już trailerem, filmem. Żeby nie zapeszać większej pary z ust nie puszczam, po prostu work in progress i mamy nadzieję, że coś z tego wyjdzie, więc trzymać kciuki. Wstępna premiera planowana jest na grudzień. Czytaj dalej

Bujdałka o rzeczach różnych

Ponownie odcinek czasowy od poprzedniego wpisu (Asturia) tak odległy, że trudno całość ogarnąć. Sezon jesienno-zimowy nie był mocno wspinaczkowy, większość czasu spędziłem budując ściany wspinaczkowe niż się wspinając. Tym bardziej sam siebie zaskoczyłem, jeśli chodzi o wyniki wspinaczkowe. Na szczęście praca nudna nie była, dodatkowo w doborowym towarzystwie, parę razy udało się wpaść na panel, jednak po powrocie do Cornu nie spodziewałem się zbyt wiele. Forma dziwnym trafem nie spadła, a nawet się zastanawiam czy nie wzrosła. Zastana sytuacja zdziwiła, dodała +2 do spręża (którego ostatnio mi nie brakuje) i jednocześnie nie pozwoliła za długo czekać w boksie startowym. Według tego co ostatnio przeczytałem na blogu mojego kolegi Piotrka, nie należę już chyba nawet do tych starych:)…wiec tym bardziej cieszy fakt, że na brak energii do działania nie narzekam, a odczucia co do młodości mam zgoła inne. Czytaj dalej

Kantabria i Asturia trip

Przygotowania naszego miejsca do okresu jesienno-zimowego idą pełną para, albowiem szykuje mi się dłuższy wyjazd do roboty, a w piecu czymś trzeba będzie palić, basen napełnić, trawę skosić etc., ot roboty działkowe. Dodatkowo zacząłem budować prysznic, ewidentnie go tu brakowało, zatem na pisanie bloga nie łatwo mi znaleźć czas. Ale obiecałem i słowa dotrzymuje.

Czytaj dalej

a co tam w Cornu?

Lato już w połowie drogi, a ja mam zamiar trochę powspominać jego zadziwiający początek. Chwile mnie tu nie było, chciało by się napisać jak zwykle, ale też jak zwykle mam wytłumaczenie. Przede wszystkim, plany planami, a wyszło jak zwykle, czyli inaczej niż tego chcieliśmy. Z moja teraz już upragnioną pracą sprawa maksymalnie się przeciągnęła i wciąż przeciąga do bliżej nieokreślonego terminu we wrześniu, jak Bóg da. Gdyby nie moi wierzyciele nie wiem jakbyśmy to obsunięcie przetrwali, nawet w naszej dżungli kaska bywa przydatna. Mam nadzieję, że mój pracodawca czyta to i przynajmniej doceni oddanie i cierpliwość swojego pracownika. Jedyne co lekko przeraża to już nie tak odległa zima. Jakoś z tej kabały musimy się wykaraskać. W związku z tym nasz wspaniały pomysł podróżowania po Europie musiał odejść w zapomnienie i trzeba było zaspokoić olbrzymią ochotę na tripa jakimś planem zastępczym, czytaj bardziej ekonomicznym. Tak też uczyniliśmy, tyle że dopiero w lipcu i tylko na miesiąc, zapakowaliśmy naszego mieszkalnego transportera i ruszyliśmy na podbój Cantabrii i Asturii. O odczuciach i tym co zobaczyliśmy mam zamiar napisać w następnym blogu.

Czytaj dalej