Raport z Cornu

Jakaś dziwna pogoda panuje tej wiosny, porównując do poprzedniej. Raz słońce wypala dosłownie mózg i wydaje się że sezon w Siuranie dobiega końca, a zaraz potem wiatr z prędkością plus minus 40km/h przynosi kompletną odwrotność dnia poprzedniego i co gorsza zawsze te kilka dni schodzi zanim się poprawi. Nad morzem lampa, a nad Cornu nie wiem jakim cudem wisi chmura i nie chce odejść. Około 2 tygodnie temu zgodnie stwierdziliśmy, ze sezon grzewczy zakończony i cały osprzęt z radością pochowaliśmy, przyda się dopiero może na październik/listopad, a tu wczoraj z podkulonymi ogonami wszystko z powrotem i palenie cały dzień w piecu. A dziś lampa:)…wygląda ze na dłużej:)…

 

Ostatnimi czasy bardziej zainteresowałem się eksploracją nieznanych mi sektorów, wspinaniem skoncentrowanym maksymalnie na szybkim RP, a przy okazji znalezieniem sobie jakiegoś ciekawego projektu, gdyż na el pati albo strasznie wiało, albo za zimno, albo za ciepło. Zawsze coś. Zastanawiam się czy to sam sobie nie wyszukuje kolejnych argumentów, byle tylko ominąć cel główny na el pati, czy rzeczywiście warun nie sprzyjający. Ale dzięki temu poznałem kilka naprawdę fajnych sektorów. Przede wszystkim zachęciło do tego pojawienie się sporej ilości nowych dróg.

 

Dani Andrada, David Brasco, Toni Arbones i Pata jeśli się nie wspinają to obijają i są na tyle aktywni, ze każdego tygodnia powstaje coś nowego. I tak w lewej części groty na L´olla jeszcze nie tak dawno poza Migranya i jej przedłużeniem niewiele było, tak aktualnie doszła Cronica 8b, jeszcze jedna 8b w lewej części groty i niebawem Andrada upora się ze starymi projektami G.Mortensen i The Monster House, obie co najmniej 8c/8c+. Arbones i Brasco otwarli sporo nowych, ciekawych dróg na Ca l´onassis dzięki czemu sektor stał się warty odwiedzenia. Poza tym powiększyła się lista dróg na Siuranella Est, L´aparador, La capella i jeszcze kilku mniejszych sektorach. Dla zainteresowanych aktualizowany na bieżąco przewodnik do wglądu znajduje się w piekarni Aimar w Cornudelli. Udało mi się powtórzyć kilka z nowo otwartych dróg. Nikła ilość magnezji na owych spowodowała, ze wspinanie OS było niezłą przygodą, okupioną konkretną walką, szczególnie, jeśli drogi prowadziły płytami, bez ewidentnej formacji wiodącej. Podobnie mocno dały mi popalić starsze drogi w Siuranowych płytach. Chyba rzadziej uczęszczane, ze względu na charakter płytowy, nie łatwe na odstrzał, a bardzo piękne, mega techniczne i wymagające wspinania całym ciałem takie trasy jak np. La doble nelson 7c+ czy Skateboy 7c (moim zdaniem 7c+) na Can Codolar dłużej zapamiętam, niż np. kilka rzutów ciała na Kurfil 8b.

 

Poza tym mamy nowych gości, tym razem odwiedził nas Jędrek i Marcin z Zakopanego. Jędrek, tegoroczny maturzysta, ma tu do wyrównania porachunki z zeszłego roku na L´olla i mam nadzieję, że tym razem pójdzie mu gładko. Marcin, pierwszy raz w Hiszpanii i wygląda na to że nie ostatni. Jak na razie chłopaki przyzwyczajają palce do Siuranowych krawądek, a ja w roli przewodnika ciągam ich po różnych sektorach. Słońce jeszcze nie tak mocne, więc odwiedzamy te sektory, które później będą nie możliwe do wspinu np. Siuranella Sud z mega ładnym zacięciem Morena Corwin 7b+ i klasykiem sektoru La Crema 8a (przecenianym na 7c+ nie mam pojęcia jakim cudem:)). Po przywitaniu się z Siuraną odwiedziliśmy Raco de Misa w Montsant, tak na odmułkę od małych chwytów. Raco de Misa, najbardziej znany sektor Montsant oferuje wspin mega wytrzymałościowy, z drogami do 50m (z kilkoma wyjątkami głównie w przedziale od 7a do 8b+) i nie pozostawia żadnych złudzeń osobnikowi bez wypracowanej wytrzymałości. Drogi może dość monotematyczne sprawiają sporo przyjemności. Wszystko to w bardziej odosobnionych i dzikich, niż ma to miejsce w Siuranie, okolicznościach przyrody. Zauroczony sektorem rok temu trochę czasu tam spędziłem, więc oferta dróg mocno się zawęziła. Aczkolwiek coś się jeszcze ostało, tym razem padło na 50 metrowy maraton Carmeta la Cagona 8b (L1: 8a+, L1+L2: 8b) i po raz kolejny uwagę przykuły dwa projekty o nie znanych mi, nawet przybliżonych, trudnościach. Jeden to połączenie L-Ments 8b+ z Oxigen 8b, drugi to strasznie długa linia biegnąca w skos przez całą ścianę, zaczynając od Rat Apenat 8a, a kończąc gdzieś w okolicach Falconetti 8b+. Możliwe że jutro przyjrzę się sytuacji z bliska. Reasumując, nie obijamy się jakoś strasznie;).

 

Praktycznie rzecz ujmując niemalże non stop odwiedzają nas dalsi lub bliżsi znajomi, także ciągle coś się dzieje na naszej działeczce i zawsze nam bardzo milo z tego powodu. Jesteśmy osobami, które również potrzebują czasem trochę prywatności, przysłowiowy święty spokój, tak dla wypoczynku i ogarnięcia swoich spraw i jak na razie nie narzekamy. Dotychczasowe odwiedziny opierają się na zasadzie wspólnej egzystencji, przy czym liczymy na jak największą samowystarczalność naszych gości i mamy nadzieje ze jest to zrozumiale. W przyszłości powinno się to zmienić na lepiej, ale na razie musi działać tak. Oczywiście, żeby to odstraszająco nie zostało zinterpretowane:), jesteśmy jak najbardziej otwarci na każde odwiedziny, najlepiej wcześniej anonsowane, wówczas służymy informacja co?, gdzie?, kiedy?, jak? i poza tym jesteśmy w stanie pomoc z ewentualnym transportem z Reus, lotniska, dworca kolejowego itp..

 

W związku z tym, że hiszpańskie pieczywo według nas pozostawia wiele do życzenia, wzięliśmy się za pieczenie chleba. Pół dnia nam zeszło, ale wyszedł przepyszny pełnoziarnisty graham z miodem, sezamem i makiem. W porównaniu do tutejszej oferty DELICJA;). Kilka bochenków rozdaliśmy, kilka sprzedaliśmy, ale najważniejsze, że wszystkim bardzo smakował i pod skałami przez kilka dni wspominano jakie pieczywo mają Polacy;).

 

Pozdrawiam

 

Bardziej tematycznie znaczy wspinaczkowo

Przede wszystkim wielkie dzięki za zainteresowanie ;)…

Po drugie graty dla Łukasza za kolejne 9a w zeszyciku, a przede wszystkim za nie spuszczanie z tonu, w co nie wątpiłem ;)…

Pozwolę sobie na podsumowanie ostatnich kilku miesięcy, gdyż „przygód” trochę miałem. Sezon wspinaczkowy rozpocząłem nie najszczęśliwiej. Praktycznie miesiąc po miesiącu zaliczyłem 2 poważne wypadki, porozdzielane różnego rodzaju infekcjami i próbami zrobienia formy tudzież rozruszania się. Ale od początku.

Po bardzo dla mnie udanym poprzednim sezonie obok wysokiej cyfry w skałach wysoka cyfra zagościła również w portfelu, tyle że na minusie. Zmuszony zostałem przerwać balladę wspinaczkowa, zostawić Ulę z nasza garmażerią i opuścić urokliwe Cornu (Cornudella de Montsant) udając się w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy. A szkoda, bo forma życiowa się szykowała ;). Lekko nie było, ale szczęście i przyjaciele nie opuścili mnie (za co jestem im wdzięczny i bardzo dziękuję za pomoc).

Po trzech miesiącach znalazłem się z powrotem w Cornu. W międzyczasie udało się nawet dotknąć jurajskiego wapienia i wyrównać stare porachunki. Pierwszy raz odwiedziłem Dolinę Brzoskwinki (Sny na baterie VI.5+/6 RP, Chiński porcelanowy czajniczek VI.5+/6 RP, Stopnie kolei żelaznej VI.6 RP), Jaskinię Jasną w Smoleniu (Szuflandia VI.5+ FL i nie zdążyłem uporać się z piękną Barierą wdzięku) i dokończyłem stare boje na Podzamczu i Okienniku (Dezintegracja Formy VI.6 RP, Wycieczka do Ojcowa II VI.6 RP). Kilka lat spędziłem na Jurze, a zawsze coś nowego się znajdzie.

Po powrocie, rozruchowo, na kilka dni, odwiedziłem przepiękną Chulillę. Był grudzień, więc na północnych ścianach trochę się marzło, ale jakość wspinu to rekompensowała. Po powrocie bulderowałem w Arboli i El Cogul robiąc moc na zbliżający się kolejny sezon. W związku z tym, że osiadłem na dłużej w Cornudelli, pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się nie dotknąć w okresie zimowym panela w celach treningowych (poza dosłownie 3 razami), tylko płynnie przejść w kolejny sezon. Byłem pełen obaw, jednak nowe doświadczenie zaowocowało uczuciem jakby ubiegły sezon jeszcze się nie skończył. Kilku miesięczna przerwa sprawiła, że czułem świeżość i motywacje w skałach, byłem wypoczęty i jednocześnie rozwspinany. Jednak za długo nie było mi dane się cieszyć.

Powrót na rowerze z Siurany zakończyłem konkretną wywrotką i bliskim spotkaniem mojego ciała ze skałą. Najbardziej ucierpiała głowa i biodro, o potłuczonej reszcie nie wspominając. Do dzisiaj nie wiem jak tego dokonałem, w każdym bądź razie, początkowo z gorączką, wylądowałem na około 3 tygodnie na przymusowym chorobowym. A zaczynało być tak kolorowo.

Jak już się pozbierałem, Hiszpanie odwiedziły te same mrozy nękające już Polskę i wspin w Katalonii stał się niezbyt przyjemny dla ciepłolubnego osobnika jakim jestem. Nie mogąc wytrzymać kolejnego przestoju około 3 tygodnie spędziłem w andaluzyjskim Reguchillo, odwiedzając, podróżujących po Hiszpanii od około roku, Alę i Serka. Na przełomie lutego i marca w Andaluzji również najcieplej nie było, na jakiś czas pojawił się nawet śnieg, lecz wspin na nasłonecznionych, południowych ścianach był lekarstwem dla wychłodzonych kości i rekompensował całkowicie wieczorne marzniecie.

Rejon, położony niedaleko Jaen, bardzo przypadł nam do gustu pod wieloma względami. Po pierwsze do dyspozycji mamy bardzo ciekawy wytrzymałościowy wspin po tufach, krawądkach, oblakach, najczęściej w lekkim przewisie lub balderowe pasaże w dwóch (małej i dużej) grotkach z Ciao 8c na czele i kilkoma projektami około 9a, możliwe że już odhaczonymi przez Daniego Andradę.

Po drugie: spokój. Przez 3 tygodnie poza silną grupą lokalsów, niewiele więcej osób odwiedziło rejon. Lokalnym wspinaczom, notabene bardzo otwartym i miłym, nie zależy na rozreklamowaniu miejsca. Przewodnik nie jest oficjalnie dostępny, dzięki czemu panuje świetna atmosfera, same znajome twarze, nie ma kolejek do dróg, każdy dopinguje każdego, a niewyślizgane drogi oferują całkiem niezłe tarcie.

Z, kolejny raz, uzyskaną motywacją i mocą wróciłem do Cornu na czekające projekty, aby popełnić błąd w sztuce, jakich, po tylu latach wspinania, się nie popełnia. Brak węzła na końcu liny!!! Jak można tak głupio?¿? Tym razem głowę trzeba było szyć i tym razem szczęście mnie nie opuściło, a gleba okazała się nie aż tak twarda. Groźnie wyglądający upadek zakończyłem mocno potłuczony, ale nie połamany, z 4 szwami na głowie i kolejnym kilkutygodniowym restem. Droga Ay mamita w Siuranie zapadnie mi mocno w pamięci.

Mam nadzieję, że wykorzystałem już limit na wypadki na całe życie i że zwiększenie czujności zostało dosłownie wbite mi do głowy.

Potem, aż do teraz, jestem ciągle wspinaczem i myślę ze jeszcze trochę nim pobędę. Sezon w Katalonii w pełni (bywa już nawet za ciepło), a ja, mimo wszystko mocno nakręcony na wspinanie nie odpuszczam. Zalatuje radykalnym fanatyzmem, muszę być czujny;)

Z cyferkowego punktu widzenia wygląda to tak:

Week On The Rocks 8c RP (Siurana; piękna 30-metrowa linia biegnąca środkiem głównej ściany Can Rebotat. Wspin po małych krawądkach, dziurkach podzielony 2 boulderami (pierwszy z początkowo niewykonalnym dla mnie przechwytem z mikrokrawądki; drugi – bardziej wytrzymałościowy po oblakach) i zakończone okapem, którego wyjście też dało mi mocno w kość. Projekt z 2007 O. Gimeneza (8c/c+?) w 2010 poprowadził Daniel Jung, wyceniając na 8c z dopiskiem hard i powtórzył Ramonet wyceniając na 8b+. Prawdopodobnie drogę powtórzyli jeszcze Andrada i Gimenez. Według mnie trasa wykracza poza stopień 8b+, który osiągałem zazwyczaj po max 4-6 próbach, ta zajęła mi dużo dużo więcej dni wspinaczkowych i wydawała się ciut łatwiejsza od Patinoso. Ale wiadomo jak to bywa z wycenami, bywają zmienne. Kolejne przejścia pewnie ugruntują wycenę drogi.

Dame Criptonita 8b+ RP (Reguchillo),

La via Del Moro 8b+ RP (Siurana; nowa droga na El Pati),

El Mon De Sofia 8b+/c RP (Siurana; na prawo od 2×30) Wspólny start z La via del moro, jak dla mnie bardziej wymagającej niż teoretycznie wyższa wycenowo „Sofia”. Drogi różnią się charakterem (jedna bulderowa – El Mon de Sofia, druga – La via el moro, wytrzymałościowa), lecz zasługują na taka sama cyfrę.

Bullido 8b RP (Reguchillo; 2 próba),

Cronica 8b RP (Siurana; 2 próba; nowa bulderowa propozycja na lewo od Migranya),

Zona 0 8b RP (Siuranowy klasyk),

Namaste 8a+/b FL (Reguchillo),

Animal Pack 8a OS (Reguchillo),

Nano 8a OS (Reguchillo),

Mi Pequeño Tal Ivan 8a/a+ OS (Reguchillo),

Cycle 8a OS (Siuranowy rodzynek).

Pozdrawiam

„Mało się znamy, to ja może powiem coś o sobie”

Rafik blogerem!!! Koniec świata, sam z siebie trochę się zaśmiewam…

Nigdy również nie spodziewałbym się posiadania konta na fejsie, czy też 8a.nu, idąc dalej udziału na forum, używania gadu-gadu, skajpa aż do posiadania konta mailowego. Zawsze byłem początkowo przeciw, potem nie zainteresowany, aż nagle posiadałem konto. Podobny schemat zaliczam z blogiem.

Zobaczymy, gdyż za pismaka nadzwyczajnego się nie uważam, lecz w związku z zasiedzeniem katalońskiej ziemi  na dłużej i zauroczeniu tutejsza okolica, tematów, inspiracji i motywacji będę miał więcej. Może. Na dwoje babka wróżyła.

Hiszpania od pierwszego poznania zawsze mnie jakoś najbardziej pociągała jeśli chodzi o Europę. Każdorazowy pobyt nakręcał następny a i „zamulanie” w Katowicach coraz mniej bawiło ;). Wyjazd rok temu podobnie się zaczął, inaczej się zakończył. Zaszło dużo zmian w mym życiu i razem z moją ukochaną zasiedliliśmy mały, ale przeuroczy kawałek ziemi niedaleko Cornudelli de Montsant. Nie zagłębiając się w długa i powikłaną historię postawiliśmy oryginalną, mongolską jurtę i dołączyliśmy do lokalnej społeczności. Hunka rozpoczął naukę w tutejszej szkole i jak na razie mówi po katalońsku jako jedyny z nas. Ula zgłębia jogę, mając ku temu idealne warunki, a ja powoli poznaję się z lokalsami i działam wspinaczkowo w okolicy. Nie jest to łatwe, barierę stanowi język hiszpański, który pozostawia wiele do życzenia, a angielskim niestety mało kto się posługuje.

Dzięki olbrzymiej pomocy przyjaciół, za co im bardzo dziękujemy i jesteśmy wdzięczni, posunęliśmy się mocno do przodu z pracami na naszym małym kawałku ziemi. Może idzie to żółwim tempem, ale po pierwsze nie ma pośpiechu, nie wisi nad nami termin odbioru, po drugie nie jesteśmy nadzwyczaj majętni i każda akcja musi być mocno przemyślana pod wieloma względami. I po trzecie, przyjemność z przebywania tu jest dla nas najważniejsza, też się jakoś strasznie nie przemęczamy – po prostu. No i trzeba się też czasem powspinać. Planów, zarówno tych dalekosiężnych i tych mniej odległych czasowo jest sporo i częściej ograniczają nas możliwości niż chęci. Marzeniem i celem jest postawienie drugiej jurty dla znajomych, gości, wspinaczy, na zajęcia jogi etc., którzy bardziej cenią sobie przebywanie bliżej natury i atmosferę bardziej kameralna, rodzinna niż zazwyczaj proponują campy. Zamieszkać na campie na majówkę – czysta przyjemność ;)…

Dodatkowo staramy się działać ekologicznie na ile się da i na ile potrafimy, korzystając z możliwie największej ilości, szeroko rozumianych materiałów recyklingowych. Mieszkamy tuż przy granicy parku narodowego Sierra de Montsant, wiec staramy się mieć szacun dla otaczającej natury. Miejsce jakie tworzymy ma odzwierciedlać nasze podejście do życia i nas samych. Brzmi dosyć górnolotnie, pożyjemy zobaczymy 😉

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia co do życia na hiszpańskiej prowincji to nie jest aż tak kolorowo jak się ogólnie przyjmuje. Różnie to, tu w Katalonii, z tutejsza społecznością bywa. Nie jest aż tak bardzo otwarta i serdeczna. A porównując choćby z Andaluzja to wręcz powiedział bym, że jest zamknięta dla nowo przybyłych. Mowa przede wszystkim o miejscowych, mieszkających tu od pokoleń. Życie na wsi, w porównaniu z miastem, bliżej natury, wydaje się bardziej współzależne i nierzadko z tego powodu mamy tu pod górkę. Choćby np. zorganizowanie zapasu wody na lato wymagało zgrania i dogadania z wieloma osobami i zajęło nam naprawdę sporo czasu. Dodatkowo problemy gospodarcze Hiszpanii powodują, że praca tu to trudny orzech do zgryzienia.

Lecz Cornudella ze względu na swoje położenie to miejsce bardzo międzynarodowe przyciągające wielu wspinaczy, różnorakich dziwaków ;), frików i outsajderów etc., którzy na różne sposoby pomieszkują w okolicy. Miejsce przyciąga, lecz próby zamieszkania tutaj nie zawsze kończą się powodzeniem. Możliwe, że konfrontacja z wiejskim życiem nie zawsze przechodzi próbę czasu, miejscowi nie zawsze sprzyjają, a lokalne władze nie zawsze patrzą przychylnym okiem. Stąd dosyć duża rotacja, jedni wyjeżdżają, inni przyjeżdżają. W większości bardzo otwarci, interesujący, a jak trzeba pomogą. Nie raz się o tym przekonaliśmy.

Ze wspinaczkowego punktu widzenia dużo się dzieje. Niemalże przez cały rok Siuranę, Montsant czy Margalef odwiedzają wspinacze. Jeśli warun nie dopisuje obijają nowe projekty, których w wydawałoby się wyeksploatowanej Siuranie, absolutnie nie brakuje. Jeśli Siurana ze swoim stylem wspinu (raczej, oczywiście z wyjątkami, nie jest to kraina łatwej cyfry) się znudzi, w rejony inne stylowo jest przysłowiowy rzut beretem. Podobnie sprawa wygląda latem, gdzie nawet w cieniu za ciepło. W wyżej (bliżej gór) położone letnie miejscówki również nie najdalej, bo 300/400 km. Dla wspinacza skalnego to wg mnie idealne miejsce.

Pomysłów, projektów i celów wspinaczkowych w głowie mam więcej niż starcza na to możliwości, mocy i skóry. Czasem problem z partnerem też się pojawia, dlatego każde odwiedziny znajomych m.in. pod względem wspinaczkowym cieszą. Choć w sezonie w Siuranie na brak partnera nie narzekam. Rok temu dużo czasu spędziliśmy z Bogdanem, niedawno była ekipa z Krakowa, a aktualnie całkiem spoko wspina się nam z Lamą, poza tym zapowiada się jeszcze kilka osób, więc powinno być ciekawie. Niestety powoli kryzys w portfelu zaczyna mnie dopadać, wiec pewnie na jakiś czas będę musiał odstawić na bok swoje projekty i udać się w poszukiwaniu jakiegokolwiek zarobku. Pewnie w najmniej odpowiednim momencie to się zdarzy, ale wybrzydzać nie można bo z robota ostatnio lekko nie ma.

Aktualnie nie wspieram żadnej marki/firmy wspinaczkowej, czy też poza wspinaczkowej, a bardzo chętnie taką współpracę nawiążę.

Jeśli chodzi o bloga postaram się co jakiś czas wrzucać tu swoje wspinaczkowe, i nie tylko, spostrzeżenia, przemyślenia, osiągnięcia i cokolwiek innego, ciekawego do głowy wpadnie.