Wiosenne porządki

Pocztówka z El Falco, wspina się Wojti Jędrzejczyk.

Witam wszystkich po długiej przerwie. Chyba musicie się do mojego stylu pisania bloga przyzwyczaić. Na szczęście dzięki istnieniu mediów społecznościowych generalnie jesteście na bieżąco. W moim przypadku blog jest rozwinięciem tego generalnie na szczegółowo.
Porzuciłem liczenie, ile to już razy tej zimy, leciał z nieba taki szlam, jest chyba 200% wilgotności i temperatura w okolicach zera. Zima tej zimy nie rozpieszczała wspinaczy, mam wrażenie, że nie tylko w Hiszpanii.

Gorąca Hiszpania 🙂

Pogoda sprzyja do siedzenia przy piecu i pisania bloga, bo dziury w palcach nawet wypad na Monobloc odradzają. Skoro sa dziury było wspinanie, skoro było wspinanie, tzn pogoda była, więc co za głupoty wypisuję? :). Tak była raz na jakiś czas, nie za często i daleko od perfekcyjnego warunu. Wspinaniu często bliżej było do survivalu niż sportu i jak dla mnie to była pierwsza taka sroga zima, głównie ze względu na niskie temperatury. Bo opadów było co kot napłakał. Natomiast teraz natura z opadami nadrabia ;).

Madame Pompidou 7b+ na Ca La Boja.

Dawno nic tu nie wrzucałem, więc będę nadrabiał zaległości. Ubiegłoroczne lato jak zwykle spędzaliśmy w Polsce i , jak zwykle, było bardzo intensywnie. Najeżdziliśmy się po Polsce sporo i zgodnie z zasadą – nie tylko wspinem człowiek żyje, było zwiedzanie zachodu i pomorza naszego kraju, rodzinnych spotkań kilka, jak również imprez plenerowych nie zabrakło w menu.

🙂

Pomortek 2017

Tym razem koniec sezonu (jeśli wogóle coś takiego istnieje) miał być trochę specjalny. Ze względu na moje okrągłe urodziny zaplanowaliśmy imprezę „jak za starych czasów”, a wspinaczkowym prezentem miała być pewna droga, na której byłem mega blisko sukcesu, który to został pokrzyżowany przez naciągnięcie ścięgna, upały i prace, czyli generalnie życie. Droga nie zając, a jak wiadomo większą radość daje sama droga do celu, nie jego zdobycie ;), bawiłem się więc przednio i napewno, z przyjemnością, wrócę do zabawy.

work in progress.

Praca na trudnym RP to nie przelewki, wciąż się tego uczę, a bardziej uczę moją głowę. Piotrek Schab ostatnio gdzieś pisał że o dostrzeżenie progresu czasem trudno, że trzeba szerzej na sytuację spojrzeć. Jak najbardziej zgadzam się z powyższym, pojawiają się szczegóły i szczególiki, nie widoczne czasem dla oka obserwatora, a wpływające mocno na progres. Chyba właśnie w odkrywaniu tych detali mam przyjemność, która motywuje do powrotu kolejnego dnia na projekt. A czym trudniej tym detali więcej, proces dłuższy, ale znowu forma nie wieczna, bo czasem rozkminianie drogi to bardziej wiszenie niż wspinanie (przynajmniej w moim przypadku). Pogodzenie się z niektórymi przyrządami wspomagającymi typu ścianka, campus ect. 🙂 na pewno by nie zaszkodziło, ale coś nie zawsze wychodzi. Uff, nikt nie obiecywał że będzie łatwo, najciekawsze w tym jest że w nagrodę za całą ciężką robotę, za zdobycie szczytu, zamiast uskrzydlenia, bywa że pojawia się tzw. blaza. A mimo to wciąż zabieram się za kolejny projekt. Eh ta głowa, bez niej wspinanie byłoby takie nudne ;).
Wracając do tematu, na otarcie łez, udało się powtórzyć łatwiejszą wersje wspomnianego prezentu urodzinowego:), czyli La furia de la jungla 8c, na La Capella. Ciekawą, mocno balderową kombinację La furia de titan z jungle speed – czyli balder startowy z furii, balder w trawersie do jungle speed i koncowka z jungle speed, z której też udało mi się spaść.

Diabolina 6.6 na Jastrzębniku.

Wspinaczkowe wakacje w Polsce to przede wszystkim powrót do gry po kontuzji, mój pierwszy raz w Sokolikach 🙂 i ukochana jura północna. A w pamięci poza super czasem z super ekipą spędzonym w jurajskich lasach zostały Diabolina 6.6, Lukrecja Borgia 6.6, wymyślona kombinacja Atak Lukrecji 5+/6 i flash-e na Energoprojekt 6.5 i Bruno and Toni 6.5.

Lukrecja Borgia 6.6

Poza wspinaczkowe wakacje w Polsce to Geburstek, ten kto nie był niech żałuje. Dawno takiego spotkania tylu znajomych w jednym czasie i miejscu nie widziałem, aż łezka się zakręciła. Jak wspominałem, była to moja 40-stka, rocznica Matysa i Justyny i urodziny Myszka, więc było co świętować. Przy organizacji imprezy wzięło udział sporo osób i mimo małego kryzysu na początku wszyscy stanęliśmy na wysokości zadania. Super się dopełnialiśmy, super się to wszystko organizowało, dziewczyny szacun za wystrój, Ula za przepyszne jedzenie, Marcin za kosmiczne oświetlenie, z Myszkiem + crew możemy sobie pogratulować pięknego zadaszenie, Kuba za ogarnięcie i spięcie wszystkiego razem, Wojtek, Olek, Olej, DJ’s za energetyczne sety i publice, za to że dopisała i jest:). Był to taki zastrzyk energii przed nie lekką, już mam nadzieję odchodzącą w zapomnienie, zimą. Trzeba to powtarzać 😉

Geburstekowa familia :).

Geburstek

Powrót do Cornudelli we wrześniu to bardzo przyjemna sprawa. Po całym zgiełku, hałasie miasta, mieszkaniu w vanie z 2 nie małymi psami, intensywnym działaniu bez większego odpoczynku, uczucie spokoju i ciszy totalnej na naszym „ranczo” – bezcenne i niewymienialne.

Climbing Tribe crew.

Nie tylko wspinaczkowymi projektami człowiek żyje, a mi chyba od samego początku projekt zbudowania gorącego prysznica chodził po głowie. Tylko ciągle czegoś brakowało żeby zacząć. Aż w końcu nadszedł ten dzień i w listopadzie rozpocząłem budowę, a jakoś na koniec roku było po robocie. Miło mi zatem wszerz i wzdłuż obwieścić, że od jakiegoś czasu na naszym Climbing Tribe-owym „ranczo” w końcu pojawił się gorący prysznic !!! :-)…chodzą słuchy, że najlepszy w Cornu ;)…Przy okazji, chcieliśmy bardzo podziękować wszystkim Wam za support zarówno tego projektu (Merci Pszczoła ;-)) jak i całej naszej miejscówki. Mamy nadzieję, że mieszka się Wam u nas dobrze. Dzięki.

Jest i on – gorący prysznic !!!

Niejako wymiennie z trwającą budową, wkręciłem się i toczyłem boje z nową linią obitą przez bardzo dobrego przyjaciela Ignaci Garcia rok temu. Dla „Flaco” projekt okazał się troszkę za trudny, namówił więc mnie do spróbowania (merci Flaco!!!). Linia wyglądała super ładnie i bardzo trudno, zerkałem już na nią rok temu, prosić się więc nie dałem tylko odrazu od pierwszej próby wkręciłem na całego. Super uczucie szczególnie, że nie zawsze tak mam.

Obstacle, crux.

Niby od pierwszej próby ruchy miałem rozkminione i wydawało mi sie że pójdzie gładko, tak podczas prób łączenia w całość zaczeły wychodzić wspominane wyżej detale, które walkę wydłużyły aż do ostatniego możliwego dnia prób przed zbliżającym się konkretnym załamaniem pogody (23.11. skończyła się słoneczna jesień, a rozpoczeła mroźna zima, razem z tym możliwość wspinu w cieniu, a jesienią większa część drogi cały czas jest w cieniu).

Wisienka na torcie na Obstacle.

Szczęście przyniósł ziomeczek kręcący się akurat po okolicy, który mógł mnie wtedy złapać (dzięki Szumiłek). Ale z kim ja tam nie byłem (dzięki za cierpliwość Wam wszystkim) zanim Siurana usłyszała okrzyk radości oznajmiający o powstaniu Obstacle.

crux

„Obstacle” znajduje się na najbardziej z lewej położonej ścianie sektora Aparador (w lewo od orejas de pana, drogi/projektu nr 1 na Aparadorze, wg przewodnika D.Brasco), jest całkowicie naturalna, i mimo 35m długości bardzo balderowa. Podzielił bym ją na 3 odcinki: 3 wpinkowa kilkumetrowa płytka (7b/b+?) do charakterystycznej płetwy, od której zaczyna się drugi, kluczowy odcinek – super ładny, trikowy i dynamiczny balder (koło 8-10 ruchów, 7c/c+?). Po baldzie mamy super dobry rest (niestety:)) i odcinek odcinek nr w nagrode czyli 20m wytrzymałościowego, płytowego, przepięknego wspinania (7c+/8a?) – tzw. wisienka na torcie. Całość wydaje mi się i odczuwam jako rzetelne 8c. Czas pokaże czy się mylę. Powoli wiosenne sektory zaczynają działać, więc warun na Obstacle robi się coraz lepszy…

Obstacle, odcinek 7c+/8a ???

Po Obstacle nadszedł czas zimna, wilgoci i wiatru. Działania wspinaczkowe wymagały silnego zaparcia i tylko czasem wychodziły jakoś z sensem. Trochę ratunek i suchą skałę oferowało znane Masriudoms jak również bliżej Cornu, wersja dla śpiochów, południową wystawą i bezwietrzną pogodą rozkoszowaliśmy się na El Dart w Arboli. Ale jakoś za wiele takich dni nie było. Mimo to tej zimy miało miejsce wiele przejść super trudnych linii w Siuranie – szacunek bo było „duro, duro”!. My głównie z powodu wiatru większość czasu w Siuranie spędzaliśmy po drugiej stronie, bardziej osłoniętej od wiatru, na Can piqui pugui było tylko „fest” zimno 😉 oraz na niezniszczalnych Espadellasach w Margalefie.

Próba OS-u Momy na Espadellasach w Margalefie.

Heura 7c+ w wykonaniu Uśmiecha – stara buła…;)

Kiedyś już pisałem o el dard, ładnie połżonym sektorze Arboli, z widokiem na morze, jedną ścianką rozgrzewkową i główną z takimi klasykami jak Marginao 7c. Tym razem pojawiliśmy się tam w związku z nową linią obitą znowu przez Ignaci i aurą (wiatr) nie dającą za wiele innych możliwości do wyboru, a tam lampa. Obita linia okazuje się super interesująca, 2 baldery bardzo się różniące, pierwszy kluczowy to techniczny pasaż po krawądkach na brzuszku do średniego restu i przez miejsce troche trikowe, trochę na równowagę docieramy do pierwszego łańcucha. Drugi odcinek to sakramencko trudny ruch (chyba dynamiczny) ze słabego chwytu do nie najlepszego „fuckera” – tego nie byliśmy w stanie zrobić, a szkoda bo po tym ruchu jest jeszcze kilka bardzo estetycznych i siłowych przechwytów. W miare sprawnie udało mi się rozprawić z pierwszym wyciągiem stawiając cyferkę 8a+. Nastepny – Moma – na dzień dobry urwał kluczowy chwyt na drugim baldzie wg mojej koncepcji i natychmiast wymyślił i zrobił wg swojej koncepcji. Oboje uznaliśmy że w wycenie nic to nie zmienia i tak powstała, dzięki robocie Ignaci, Windblow 8a+ (L1), L2 zostaje jako projekt na przyszłość. Przy okazji droga (projekt) nr 22 w przewodniku Tarragona Climb (stare wydanie), czyli po prawej od Marginao, to już teraz super ładne (troche niestety podsikowane) 8a+, polecam.

El Dard

Na przełomie grudzień, styczeń, w związku z tym, że w jurcie zamieszkali znajomi, przyczepy również zajęte, zostawiliśmy miejscówkę w zaufanych rękach Andrzeja i Justyny i wysłaliśmy na szybkie wakacje do Gandii pod Walencją.

Ośla farma niedaleko Gandii.

Tam dołączają Matys i Justyna i razem stacjonujemy na znanej co poniektórym bardzo przyjemnej miejscówce nad samym morzem, na której poza wspinaczami spotkać można było różnego rodzaju travelersów, surferów, freaków itp. Gandia dla mnie była odskocznią i odpoczynkiem od małych Siuranowych chwytów. Podreperowałem wytrzymałość i morale wspinaczkowe ;). Wspin w Gandii super fajny, drogi przewspinane warte odwiedzenia rejonu i to nie ostatni raz. Jedynie chorowanie trochę nam szyki pokrzyżowało, cóż kiedyś trzeba, szkoda tylko, że akurat na wakacjach :).

Super klasyk 7c w Gandii.

W Cornu, po powrocie z Gandii, powróciliśmy do lawirowania wspinaczkowego z pogodą, nieprzerwanego sprawdzanie prognoz, wyczekiwania na warun i prób wspinu po czymś trudniejszym. Wspinu pogoda nie ułatwiała, wręcz momentami pachniało kontuzją. Jako że na campi (sektor Can Piqui Pugui) za wiele do wyboru nie mam, wybrałem po prostu nominalnie tą najłatwiejszą z tych trudnych, które mi zostały.

Mauthausen

Poza tym na drogę już od jakiegoś czasu zerkałem. Uchodzi za trudną, więc z dużym respektem, czyt. powoli, zbierałem się do prób. Dopiero Obstacle chyba dodało skrzydeł. Próby z powodu klasycznego tzw. zimnego palca, przeciągały się w nieskończoność. Droga dla skóry bezlitosna. Dwie, czasem trzy próby i było po „szychcie”, mogłem iść do domu. Więc w sąsiednim Marga trzeba było, w międzyczasie robić metry, podtrzymujące formę przy życiu. Bardzo fajny to był czas, dużo znajomych, dużo projektów i bardzo nakręcająca atmosfera. Trochę to poprawiało morale.
Mauthausen do łatwych i przyjemnych nie należy. Kluczowa krawądka nie ma litości dla skóry, a trzeba ją mocno trzymać. Cała droga to: 3-ruchowy mało przyjemny balder zaraz na „dzień dobry” przechodzący w teren max 7a do dobrego restu, który po pewnym czasie okazał się super bolesny-chwyty restowe są w wąskiej rysie, której krawędzie za każdym razem nacinały delikatnie mi skórę od wierzchu dłoni, aż całkiem przecieły, do dzisiaj goi mi się ranka. Wiem wiem, pewnie histeryzuje, ale było to upierdliwe. Od restu zaczyna się kluczowy (3 wpinki) odcinek – około 10 ruchów po krawądkach, długich ruchów (dobrze byc wysoki), przy czym najpiekniejszy z nich to lekko dynamiczny ruch w plecy i wyjście z tego ruchu – majstersztyk. Całość, jesli chodzi o ruchy super estetyczna i ładna, tylko troszkę bolesna (troszkę) – nie chciałbym odstraszyć tylko zarekomendować :), przy okazji wizyty, po zrobieniu wszystkich klasyków na Campi tą linię polecam jako nastepną do sprawdzenia czy mam rację;). Trochę walki było, ale w takim towarzystwie cały proces to była czysta przyjemność. Dzięki Wam za support :).

Po Mauthausenie trochę się musiałem powłóczyć po okolicy i odpocząć od „Campi”. W związku z nowymi drogami na zapomnianym Ca la boja, pojawiła się więc świetna okazja żeby tam zajrzeć. Pep Farre otworzył nową 8a, natomiast wizjoner Dani obił kilka mocno balderowych linii na głazie przylegającym (opierającym się?) do głównej ściany sektora. Jedna z nich, coś koło 8a+/8b, wygląda interesująco. Tym razem nie spróbowałem żadnej linii Daniego, za to powspinałem się po tamtejszych klasykach sektoru, zarazem historycznych drogach. Dios Nidor 7c+, Kurt the Gandalf 7b+, Madame Pompidou 7b+ czy La loca mas loca del Bodevil 7b to prawdziwe perełki i pierwsze takie cyfry w Siuranie z lat 80-tych.

Kurt the Gandalf 7b+, siuranowy oldskul…

Po wspinaczkowej włóczędze przyszedł czas na danie główne, ale to już historia na następny raz, oby nie za rok ;).

W związku z paroma upgradami, głównie prysznic, ale nie tylko (ładowanie 220v, kamienne podłogi, odświeżone przyczepy,i inne duperele), staliśmy się „5-cio”, nie może „3-gwiazdkowym hotelem” ;). Troche nam zeszło, ale jak widzicie jesteśmy cierpliwi, uparci i łatwo nie odpuszczamy, szczególnie jak widzimy że pomysł działa. A działa dzięki Wam, od września przewineło się Was naprawdę sporo i fajnie było z wszystkimi „Wami”.

Jeśli chodzi o miejscówkę od jakiegoś czasu wycofujemy się z namiotów i stawiamy na przyczepy, jest duuużo przyjemniej i wygodniej podczas rześkich wieczorów i nam, z wielu względów, łatwiej ogarnąć taką sytuację. Zapraszamy.

Aktualnie mamy wiosnę, aż tyle zajeło mi pisanie tego bloga? , a nie to tylko zmiana klimatu…

Ps. Niestety ta zima również z powodów rodzinnych była dla nas trudniejsza. Ula większość czasu spędzała w Polsce, a ja z Hunką siedzieliśmy w Cornu, z wiadomych powodów. Wszyscy, którzy pomagaliście Uli w Warszawie jesteście wielcy i o wszystkich pamiętamy. Specjalne podziekowania dla Miszki za wiele dni pracy i nieocenionego wsparcia. Również dla Maćka za pomoc i wyprawę do Korabiewic do pani Magdy, co zresztą mogłoby być historią na osobnego bloga.

Ps. A wiosna to nowe projekty (nie zapeszamy), nowe zajawki i na koniec coby tradycji stało się za dość zjeżdżamy do Polski i tam się widzimy ;).

Na koniec jeszcze to co ciekawe i czasem polecane, co udało mi się upolować w opisanym wyżej czasie:

Obstacle 8c FA
Mauthausen 8c RP
Nacido Para Perder 8b RP – jedna z tych linii w Margalefie, na których robione były metry;).
Diabolina 6.6 – jastrzębnikowa nowość Eda, połączenie startu Alei Zasłużonych z Filarem Zapomnienia.
Lukrecja Borgia 6.6 – majstersztyk !!!.
Atak Lukrecji 6.5+/6 FA – Lukrecja + Atak Glonów.
Windblow 8a+ FA – nowość na El Dard w Arboli.
? 8a+ RP El Dard – nowość Toniego Arbonesa na El Dard.
Felicidad 8a+ FL – niespodziewanie, bo po chorobie, dzieki Szumiłek, szczęście mi przynosisz ;).
El Rompebragas 8a OS – się człowiek mało w takim terenie wspina to potem walczy o życie.
Living Siurana 8a RP – nowa droga Pepa w Siuranie, na Negocie, na prawo od Pren Noty 8a i CHC 7c.
Siurana Climbing House 8a – kolejna nowość na Negocie, tym razem start Life Style 8a+ i w połowie w lewo, niby w łatwiejszy teren :), polecam obie linie.
Pinche Lupita 8a OS – Masriudoms, klasyk, podobno przeceniony na 7c+, bez walki na ostatnich metrach się nie obyło, zostawiłbym 8a.
Carta Cartero 8a RP – chyba jedna z trudniejszych 8a w Marga, wg mnie 🙂
Especial Caballeros 8a OS – Margalef, super droga, polecam.

Foty autorstwa:
Piotrek Deska (dhclimbing.com), Wojtek Jędrzejczyk (worektransportowy.pl), Wojtek Kołodziejczyk, Maciej „leser” Gajewski, Adam „olej” Olejniczak, Marcin Gobczyński oraz zbiory własne. Dzięki chłopaki.

Przybijam też piątkę z nieprzerwanie mnie wspierającym Jackiem z ProRock-a (prorock-climbing.eu/pl/) i Tarniolem z Fcuk Gravity.

Pozdrawiam i życzę czytelnikom tłustej cyfry w tym rozpoczynającym się sezonie w Polsce.

Rafik

Climbing Tribe nadaje !!!

Najwyższa pora napisać co wydarzyło się u nas przez ostatnie kilka miesięcy, a trochę minionej zimy się działo. Jak zwykle przez naszą miejscówkę i generalnie przez Cornu przewinęło się sporo bliższych i dalszych znajomych z różnych części świata. Warun początkowo (listopad-grudzień) był coraz bardziej zimowy nie dający możliwości przyjemnego piknikowania w skałach, raczej atakowania konkretnych trudnych rzeczy i szybki powrót do ciepłego domu. Charakterystyczna dla okolicy, pojawiająca się zimą chmura potrafiła przez kilka dni wisieć nad całą doliną tworząc istny mordor. Jednym z rozwiązań była wycieczka ponad chmurę np. na Montsant i przy odrobinie szczęścia wspin na południowych ścianach w pełnym grudniowym słońcu. W Siuranie wtedy najbardziej okupowany był El Corral Nou, do którego chmura już nie docierała. Dopiero styczeń-luty zaczął odpuszczać i coraz częściej przyjemnie nagrzewać słońcem. Porównując do poprzednich lat było dokładnie odwrotnie niż zazwyczaj, bo zazwyczaj to styczeń i luty uchodzą za najgorsze miesiące w roku, jeśli mowa o warunkach wspinaczkowych. Pierwszy raz dwukrotnie spadł śnieg, z czego ten drugi raz w marcu!!!, także zimy w Hiszpie nawet najstarsi górale nie przewidzą.

Po powrocie z Polski celem nie wspinaczkowym było przede wszystkim polepszenie warunków życia na naszej bazie noclegowej. Plan zbudowania zadaszenia i delikatnego apgrejdu karavany towarzyszył nam już od kilku sezonów. Ciągle tylko czegoś brakowało, a to kasy, a to czasu, a to pogoda zła, zawsze coś. Tym razem jednak postanowiłem mimo wszystko rozpocząć budowę. Z pomocą Pszczoły, a potem Janusza zbudowaliśmy tuż koło przyczepy dużą wiatę, którą potem oświetliłem, upiększyłem trawą bambusową, wstawiłem stół, blat kuchenny i wyposażyłem w najpotrzebniejsze graty typu gary, sztućce etc. Dodatkowo w 75% dach jest z materiałów pochodzących z recyklingu z czego jestem dumny bo kompletowanie drzewa trochę mi zajęło. Dzięki temu aktualnie dni restowe czy też deszczowe można sobie całkiem przyjemnie u nas spędzić, nie będąc skazanym na siedzenie w aucie lub namiocie. Dodatkowo pomalowaliśmy naszą przyczepę kolorem „mandarina orange”, dołożyłem szafeczkę i nowy stolik, przydatne w razie zamieszkiwania więcej niż 2 osób. Wszystko to spowodowało że mieszka się przyjemniej – sprawdzone przez nas i naszych gości. Praktycznie całą zimę ktoś u nas pomieszkiwał, wszyscy zapowiadali powrót, co nas najbardziej motywuje do działania. Dzięki wielkie ;-). Między czasie dostaliśmy kolejną, trochę mniejszą przyczepę kampingową, w której ulokowaliśmy Janusza, a którą to tak naprawdę dopiero teraz zaczynamy ogarniać, po jego tajemniczym zniknięciu. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym pomiędzy konstruowaniem dachu, a wylewaniem słupów,czy też kolekcjonowaniem trawy bambusowej nie wplótł sesyjek wspinaczkowych, głównie z niezastąpionym partnerem Manu. Generalnie wspinałem się dużo, więc po przynudzam trochę więcej w tym temacie.

Początek października, wciąż ciepły, skierował nas do niemalże ciągle zacienionego Cingle del Pelegri, sąsiada bardziej znanego miejsca La Capella. Sektory te, ukochane głównie przez lokalsów, charakteryzuje boulderowy styl linii, bardzo techniczne pasaże, trudne do rozpoznania przy próbach onsajtowych, brak jakiejkolwiek konkretnej rozgrzewki i minimum wymaganych umiejętności na poziomie 8a. Kiedyś już chyba o tym wspominałem przy okazji innych prowadzeń. Cyfra tutaj wyśrubowana, choć wg mnie to chyba bardziej kwestia rodzaju wytrenowania zawodnika – boulderowiec powinien sobie tu całkiem dobrze poradzić. Poza kilkoma (dokładnie czterema) mało przyjemnymi drogami, większość jest mega fajna i wymagająca poświęcenia trochę więcej czasu na rozpracowanie patentów– oczywiście moim zdaniem :). Do tych najbardziej interesujących zaliczyłbym Lord Nelson 8b, Vota Ali Baba 8b/b+, Fraticcelli 8a+ i Lauda 8b+. Lauda to linia obita przez Daniego, a poprowadzona przez Oscara Gimeneza. Całość to dojście za około 7b+ do kilku ruchowego bouldera, którego główna trudność polega na precyzyjnej pracy pięty, a następnie terenem za około 7b docieramy do łańcucha. Bald jest na tyle precyzyjny, że nawet straszliwie silny Dani nie może ułożyć wystarczająco dobrze pięty, gdyż uniemożliwiają mu to zbyt grube palce i w związku z tym pociągnąć całej drogi. Manu walczy z drogą do dzisiaj i trzymam kciuki (i linę) za powodzenie bo to już historia bardzo blisko końca, a mi jakimś cudem, jeszcze w październiku, udało się sprawę sfinalizować zgłaszając się jako drugi przy łańcuchu.

W ramach „czyszczenia” Siurany, przenoszę się na Salt de la Reina Mora. Szybkie RP, czyli to co lubię najbardziej :), na kiedyś już dotykanym i super ładnym Brot de Fonoll 8a+, płytowym El Figot 8a+/b, nowością Homoerektus 8a, przecenioną Silenci – z 8b+ na 8a+!!!:) i do pożegnania sektora brakuje dwóch rodzynek – Bad Boy 8b i Abdelazia 8a+. Jeśli chodzi o Abdelazie to ze względu na otwarcie drogi od dołu przeloty są w złych miejscach i jest ich mało i normalnie nie mogę się zebrać w sobie do przystawienia się, szczególnie że nasłuchałem się o drodze, jaka to ona niebezpieczna. Próby dogadania się z autorami w sprawie ponownego, poprawnego obicia linii niczego nie wniosły, więc pewnego dnia będę musiał się tam zjawić i sam przekonać o co chodzi. Ale jeszcze nie teraz 😉 O Bad Boy-u już kiedyś pisałem a propos kompletowania dróg 8b z lat 80/90-tych, takiej lokalnej „koronki old school Siuranki”. Teraz mogę więcej o linii napisać, gdyż w końcu się za nią wziąłem.

Na pewno jest to jedna z najpiękniejszych linii w Siuranie, na pewno jest to jedna z trudniejszych 8b w Siuranie i na pewno jest najtrudniejszą linią na wspomnianej liście. Dla mnie trudny pasaż zaczynał się już po kilku stosunkowo łatwych wpinkach, przez kolejne 3 nie pozwalał na dłuższe zatrzymanie się i bez żadnego lepszego restu doprowadzał pod kluczowy boulder, więc trzeba go było pokonać na zmęczonego. Crux to wymagające, długie ruchy po obłych odciągowych krawądkach i coraz bardziej iluzorycznych stopniach zakończone trudnym krzyżem do oblaka. Na zakończenie teren może za 7b/b+ i „scary” wyjście przez dudniący podchwyt do łańcucha. Majstersztyk :). Udało mi się zrobić trudniejsze rzeczy w tym sezonie, jednak najbardziej cieszę się z poskromienia właśnie tej bestii.

Zanim zrobiło się za ciepło zdążyłem zobaczyć jak wygląda sprawa na Via d’Alsina 8b i udało mi się dotrzeć pod Vinga Vinga 8b. Przede wszystkim Alsina wymaga co najmniej braku słońca o co na Espero Primavera aktualnie trudno – 1 próba doprowadziła do takiej destrukcji skóry, że restowałem 3 dni, więc chyba musi poczekać. Natomiast jeśli chodzi o Vinga Vinga najtrudniejsze może być znalezienie partnera, który zjedzie ze mną do sektoru Can Telafoto, gdyż niewiele więcej możliwości mały sektorek oferuje – w tym miejscu mam nadzieję, że jak zwykle będę mógł liczyć na Manu :).

W związku z tym, że Hunka na święta ląduje w Polsce u babci, my dla odmulenia i poznania niepoznanego wybieramy się na krótki wypad do Montserrat. W związku z tym, że na północnych ścianach jeszcze zimno rozpoznanie masywu rozpoczęliśmy od jego południowych wystaw. Piszę o tym dlatego, gdyż podobno te północne są najlepsze. Spędziliśmy tylko 4 dni zwiedzając możliwie jak najwięcej, jednak 4 dni na takiego giganta to jak nic za mało. Wrażenie Montserrat robi duże. Wielkie obłe wieże, otoczone mniejszymi o równie interesujących kształtach z daleka sprawiają wrażenie gładkich i nie przystępnych. Po bliższym zapoznaniu zlepieniec okazuje się troszkę inny niż ten znany z Montsant czy Margalefu. Mam wrażenie, że częściej łapię wystające kamienie niż dziury po nich. Generalnie południowa, sportowa część Montserrat to 13 zon, które dzielą się na mniejsze i większe sektory – razem 1280 dróg w przedziale III+ do 8c+ (max 75m !!!). Krótki pobyt pozwolił na szybki rekonesans dwóch klasycznych miejscówek, do których dostajemy się w miarę dobrymi „szutrówkami” z miasteczka El Bruc:

Can Jorba – bardzo przyjemna miejscówka z przewagą łatwiejszych, szóstkowych linii. Wydawała się być rodzajem wprowadzenia do długiej znajomości z Montserrat. Podejście od 10-45 min,

około160 dróg V-8b (max 50m).

La Tonsura – Agulla Del Senglar – przepiękna miejscówka z trochę bardziej męczącym podejściem około 45min. Składa się na nią 5 sektorów co razem daje 88 dróg w przedziale V – 8b, z jedną z perełek rejonu na czele – 60m linią na imponującej wieży, której nie sposób nie zauważyć – Lourdes 8b.

W związku z tym, że noce i wieczory na początku stycznia były dosyć mroźne po 4 dniach odechciało nam się marznąć. Spakowaliśmy więc manatki, z jednodniową wizyta wpadliśmy do nadmorskiej, dla odmiany super ciepłej, Gelidy i wróciliśmy do Cornu. Po drodze odbieraliśmy Hunkę z wakacji. Widok miny przerażenia i zniesmaczenia wypucowanego przez babcię małego na nasz przybrudzony 6-dniowym pobytem razem z psami w vanie punkowy dizajn ze sterylnym lotniskiem w tle– bezcenny ;-).

Gelida to malutki, lokalny, położony niedaleko Barcelony (dojeżdża autobus) sektor wspinaczkowy, w którym poczułem się jak w co poniektórych naszych rodzimych skałach. Na własnej skórze przekonałem się, że nie da się zrobić onsightem jednej z trzech do wyboru 8a bez uprzedniej konsultacji z lokalsami. Konsultacja musi być na tyle wnikliwa (np. stopień w środku drogi, którego nie można łapać ;-)), że potem to już nie OS:-). Niemniej jednak na jednodniową wycieczkę poznawczą można się wybrać i wystarczająco nawspinać.

Jak co roku pracowałem na Malcie i jak co roku po powrocie celem podreperowania wytrzymałości i spotkania się chociaż z częścią dużej ekipy starych ziomali z Polski ruszyłem się na kilka dni do Oliany. Tym razem na celownik obrałem jedną z dłuższych propozycji rejonu – Gorilas en la niebla 8b+. Patrząc z ziemi urodą jakoś szczególnie nie powala, natomiast po wstawkach okazuje się warta polecenia linią. Dla mnie wytrzymałościowy monster (50m), który podzielić można na 4 odcinki, z czego pierwszy najtrudniejszy, drugi ma za zadanie tak zmielić przedramiona, aby 3 odcinek – nie trudny kilkuruchowy pasażyk na 30 metrze- dokonał dzieła wyplucia do boksa startowego. Jeśli tak się jednak nie stanie, 4 odcinek to raczej próba nerwów i opanowania na pionowej ściance za około 7a. Aż 7 prób potrzebowałem na poskromienie monstra ;-), czas w Olianie bardzo miło wspominam.

Koniec zimy, w sumie aż do dzisiaj, spędzam na La Capella/Cingle del Pelegri z domieszką El Pati.

Na Pati dzięki niestrudzonemu Daniemu pojawiają się i jeszcze się pojawią (trwają prace;)) nowe propozycje. Pierwsza jeszcze z tamtego roku to Climbing Hard Community 8a+, które jest prostowaniem jednego z klasyków sektora – Gato Lerdo 7b+. Ładna, ale na kolana nie powala – kluczowy balderek często mokrawy doprowadza do bardzo fajnego czegoś przypominającego filarek. Dużo bardziej interesująca i super ładna jest Lolograma 8a+. Traska to stary, nigdy nie dokończony projekt na ścianie na lewo od La Rambli, który dzięki magicznym właściwościom siki został sfinalizowany przez Daniego, który dodatkowo dorzucił przedłużenie będące kilku ruchowym baldem z bardzo trudnym (przynajmniej dla mnie) skokiem do oblaka. Całość wyceniona jest na 8b+ i poza autorem jeszcze nikt tego nie powtórzył. Jednak pierwszy wyciąg to naprawdę kawał pięknego wspinu – polecam. Zaraz obok znajduje się lekko już „odkurzona”, lecz wciąż wymagająca dorzucenia choć jednego bolta więcej bardzo ładna El ojo de tu culo 7b+, a jej prostowanie to kolejna nowa 8a+ tym razem dzieło należy do Oscara Gimeneza, więc i siki możemy spodziewać się mniej lub nawet wcale, a przy wycenia „zielonego listka” raczej nie znajdziemy. Niestety El Pati i sika to niemalże nierozłączna para. Niektóre fragmenty są na tyle kruche (charakterystyczny szary pas przecinający niemalże całe Pati), że bez użycia kleju nie da rady dostać się do znacznie lepszej jakościowo skały powyżej. Aktualnie odbywam sesje treningowe (bo do prowadzenia wydaje mi się, że upłyną jeszcze lata świetlne) na starej-nowej linii Daniego, który notabene wciąż z nią walczy, a mianowicie 20 anos despues 9a. Równoległa do La Rambli droga omija przede wszystkim sławną już, a zarazem obrzydliwą rysę początkową m.in. La Rambli. Póki co powtórzona przez Ramoneta i niedawno przez Klemena Becana, który teraz biega po La Rambli – piszę biega bo np. wczoraj wykonał 5 prób, za każdym razem spadając z samej góry, z ostatniego, najtrudniejszego pasażu!!!. W jego przypadku to kwestia kilku dni i droga padnie. Jeśli mowa o 20 anos despues to podzielił bym ją na 2 odcinki, na pierwszy za około 8c składają się 2 najtrudniejsze pasaże, z niestety bardzo dużą ilości siki (to właśnie ta najbardziej krucha część skały), natomiast drugi (minimum 8b), w który wbijamy się bez lepszego restu to wytrzymałościowy maraton, porozdzielany łatwiejszymi balderkami (dokładnie 2), aż do połączenia się z Patinoso. I za ten drugi odcinek warto wbijać się w drogę i na tym odcinku rozgrywa się cała zabawa. Ja, póki co, walczę jeszcze z pierwszym odcinkiem drogi i coś czuję, że taka sytuacja jeszcze potrwa długo ;-).

Jeśli chodzi o Capelle to odhaczam tam po kolei wszystko co jest możliwe. Po odhaczeniu prawie wszystkich 8a i 8a+ (została mi jedna) przyszła kolej na trudniejsze rzeczy czyli na La Pequnia Mowgli 8c, La Furia del Titan 8b+ i La Furia de la Jungla 8c (c/c+?) – czyli drogi na prawo od Jungle Speed. A propos Jungle Speed urwał się na owej kluczowy chwyt (dokładnie drugi chwyt na drodze) i bardzo jestem ciekaw jak sytuacja zostanie rozwiązana, gdyż kluczowy pierwszy balderek wydaje się teraz na nie do urobienia – choć w dzisiejszych czasach trudno mówić o czymś nie do urobienia.

Mowgli to najkrótsza propozycja Capelli, kilkuruchowy, zadziwiająco ładny, boulder z liną. Drogę powtórzyłem razem z silnym słowackim wspinaczem Simonem w piątej próbie podczas jednej sesji, czyli zadziwiająco szybko jak na balderową linie za 8c, dlatego też wydaje mi się, że bliżej jej do 8b+ niż 8c. Dodatkowo porównując do podobnego sąsiada czyli La Furia del Titan 8b+, linia Daniego nie wydaje mi się trudniejsza, a porównując do La Furia de la Jungla 8c (z którą aktualnie walczę), mowgli na pewno jest łatwiejszy.

Mieszamy więc z Manu El Pati z La Capella, natomiast aby zapobiec zanudzeniu się na śmierć wplatamy Margalef, boulderowy event na niedawno otwartej ścianie w Reus (ściana pierwsza klasa) i wycieczkę poznawczą do Albarracin.

Taka sytuacja potrwa jeszcze około 2 miesiące, aż do mojego powrotu z Malty (o której w końcu też coś napiszę), po którym to spakujemy się i z wieloma postojami w miejscach przyjaznych wspinaczce latem, dotrzemy gdzieś (jeszcze nie wiemy gdzie) na wakacje.

Lista tych najtrudniejszych i najciekawszych powtórzonych dróg:

Lauda 8b+ RP (Siurana),

Gorilas en la Niebla 8b+ RP (Oliana),

La Peqenia Mowgli 8c RP (Siurana),

La Furia del Titan 8b+ RP (Siurana),

Bad Boy 8b RP (Siurana),

Pa Tu Puta Madre 8b RP (Margalef, jak na Marga trudna cyfra),

Bou y Prou 8b RP (Siurana, klasyk),

Furor Uterino 8b RP (Siurana, 2 próba),

Bio Lance 8b RP (Siurana, najbrzydsza na Cingle del Pelegri),

Gigololo 8a+ FL (Siurana),

Life Style 8a+ RP (Siurana),

El Figot 8a+/b RP (Siurana),

Brot de Fonoll 8a+ RP (Siurana),

Climbing Hard Community 8a+ RP (Siurana),

Silenci 8a+ RP (Siurana, 2 próba),

Camino a la Perdicion 8a+ RP (Margalef, 2 próba),

Ich Spiele mit Meinen Penis 8a+ RP (Siurana),

Fraticelli 8a+ (Siurana),

Pa la China 8a+ RP (Siurana),

Rapanui 8a+ RP (Siurana),

La Fresca del Barri 8a+ RP (Siurana, pożegnanie z Siuranella Central),

Lolograma 8a+ RP (Siurana),

Somni Diabolic 8a OS (Montserrat),

Mireia 8a RP (Montserrat, 2 próba),

Homoerektus 8a RP (Siurana, 2 próba, nowa droga na Salt the la Reina Mora),

La Cadireta 8a RP (Siurana, rzadko powtarzana propozycja sektora Can Piqui Pugui),

Fer fum fa mal fal fit 8a RP (Siurana).

Podziękowania dla wspierającego nas ProRocka. Dziękujemy Kubie z Poznania i chłopakom z J23 sound system za plandekę i super imprezkę oraz wszystkim gościom naszej bazy noclegowej za wspólny czas. O wszystkich Was pamiętamy i zapraszamy zaś ;-).

Foty w galerii autorstwa Magdaleny Martyny Nowak, Tomka Japy i ze zbiorów własnych.

Pozdrawiam i do zobaczenia na Jurze 😉

Rafał